Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Sudety

Via ferrata dla pasjonata

NPM 6/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Rzeczycki
Fotel Pradziada, czyli najwyższy punkt Gór Stołowych, od 20 lat udostępniony jest w taki oto sposób (fot. Tomasz Rzeczycki)
Kiedy zaczynałem przygodę z górami Polski, byłem przekonany, że łańcuchy, klamry, poręcze czy drabinki spotkać można wyłącznie w Tatrach i na Babiej Górze. Dlatego z pewnym zdziwieniem odkryłem, że tego rodzaju „złom” górski rozsiany jest w wielu innych miejscach południowej części kraju. W Sudetach można nawet urządzać jednodniowe wycieczki szlakiem metalowych ułatwień. No to w drogę...

Rudawy Janowickie. Tutaj w czasach PRL poszukiwano rud arsenu. Radzieccy specjaliści doglądali wydobycia uranu, a Wanda Rutkiewicz ćwiczyła swe umiejętności przed zdobyciem Mount Everestu. Pasmo górskie, które można przejść z południa na północ w ciągu jednego dnia, a z zachodu na wschód nawet tam i z powrotem w kilkanaście godzin. To właśnie tutaj, w północno-zachodniej części tego pasma, znajduje się nagromadzenie skalnych atrakcji, zaopatrzonych przed laty w stalowe ułatwienia. I chociaż Góry Sokole zdaniem części geografów nie zaliczają się już do Rudaw Janowickich, tylko do Kotliny Jeleniogórskiej, to dla nas, zwykłych turystów, taki pogląd jest nie do przyjęcia. Przecież to kwintesencja Rudaw Janowickich!
Plan wycieczki, którą można by żartobliwie określić „Zdobywamy koronę złomu gór Polski”, jest dla niezmotoryzowanych następujący: noc w pociągu, przechadzka po Górach Sokolich, następnie powrót na stację kolejową i w drogę do Szklarskiej Poręby. Tam druga część wędrówki śladem sudeckich „via ferrat”.

Sokoliki z podtekstem
Góry Sokole są jednymi z najlepiej rozpoznawalnych wzniesień w okolicach Jeleniej Góry. Widać je wyraźnie z wieży widokowej na Wzgórzu Krzywoustego (375 m n.p.m.), a także ze szczytu Śnieżki, o ile cokolwiek z niej danego dnia widać. Obok Ostrzycy na Pogórzu Kaczawskim to właśnie Góry Sokole stanowią te punkty, które wyróżniają się w monotonnym krajobrazie polskim oglądanym z najwyższego szczytu Republiki Czeskiej. Także jadąc pociągiem, trudno je przegapić. Dla przybywających koleją od strony Wałbrzycha punktem orientacyjnym są Janowice Wielkie. Następny przystanek w Trzcińsku oznacza wymarsz na szlak.
Stacyjka kolejowa znajduje się powyżej wsi. Trzeba nieco zejść do doliny Bobru, przedefilować przez kawałek miejscowości i odnaleźć mostek na rzece. A potem – już tylko pod górę. Cel jest jasny: dwa bliźniaczo podobne do siebie kopce. Pierwsze nasuwające się skojarzenie to kopce mrowiska, ale jako że górki są dwie, to w literaturze dominują bardziej frywolne, rzekłbym nawet – freudowskie skojarzenia. Rzeka Bóbr w Trzcińsku płynie na wysokości ok. 365 m n.p.m. Widniejące przede mną na pierwszym planie Sokolik (642 m n.p.m.) oraz Krzyżna Góra (654 m n.p.m.) sięgają niemal 300 metrów wyżej. Tyle że w linii prostej do pierwszego z nich mam mniej niż kilometr. Tuż za mostem rozdzielają się szlaki żółty i niebieski. Wybieram skręt w prawo i za znakami niebieskimi pnę się mozolnie pod górę. Wkrótce kończą się łąki i wchodzę do lasu. Po nieprzespanej nocy w pociągu moje oczy same się zamykają.
Krok po kroku nabieram wysokości, co chwilę zerkając na mapę sprzed kilkunastu lat, do której mam nieco sentymentalny stosunek. To pierwsza mapa Rudaw Janowickich, jaką zdobyłem. Pamiętam, że kupiłem ją przed laty w Bielsku-Białej, w kiosku pod kładką łączącą dworzec autobusowy z kolejowym. Nawet taki szczegół został mi w głowie. Charakterystyczne pomarańczowe poziomice i brązowe zarysy zabudowy wyróżniały tę mapę spośród innych. I chociaż korzystałem też z późniejszych wydań, to do tej jednej mam słabość. Szlak skręca w lewo, patrzę na mapę.
– To już 420 metrów, kolejny zakręt i jestem na 470 metrach – lektura daje mi wiele radości. I tak co kilka minut.
Robię wszystko, żeby pokonać zmęczenie. Docieram do schroniska PTTK Szwajcarka u podnóża Krzyżnej Góry; profilaktycznie zamawiam na zapas nocleg. Udaję się do sali zbiorowej, padam na łóżko i... odsypiam minioną noc.
Budzi mnie miła, południowa cisza. Zostawiam większą część ekwipunku i wychodzę na zewnątrz. Pogoda w sam raz, by ruszyć na Sokolik. Najpierw jednak rozglądam się nieco wokół schroniska i... parskam ze śmiechu. Ktoś przedsiębiorczy ustawił aparat wrzutowo-monetowy połączony z lunetą, która wycelowana jest na skałki szczytowe Sokolika. Wrzucasz monetę – i przez minutę albo dwie możesz podglądać ludzi podziwiających świat z wierzchołka. Bez wysiłku, wyciskania potów i gramolenia się pod górę. Jak to nazwać? Punkt widokowy z widokiem na inny punkt widokowy?

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też