Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Janina Kacprzyk

Farfurnia, czyli pracownia

NPM 8/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
Janeczka i Michał z czwartą córeczką Łucją (Fot. archiwum Farfurni)
 Z Janiną Kacprzyk, szefową gospodarstwa agroturystycznego i pracowni rękodzieła artystycznego Farfurnia w Beskidzie Niskim, rozmawia Jakub Terakowski

Co oznacza słowo „farfurnia”?
To po staropolsku pracownia ceramiczna, określenie zapomniane, które zupełnie wyszło z użycia. Odnaleźliśmy je w słownikach i odkurzyliśmy.

W dość nietypowym miejscu stoi Wasza Farfurnia...
Mój mąż, a wówczas jeszcze narzeczony, marzył o zamieszkaniu w górach. Zgodziłam się. Znaleźliśmy najpiękniejszy i najmniejszy PGR w Beskidzie Niskim – Zawadkę Rymanowską, wynajęliśmy lokum. I tak się to zaczęło.

Już dość dawno temu...
Sprowadziliśmy się tu przed blisko 20 laty.

Skąd?
Z Warszawy.

Spory kontrast...
Możliwe, że mieszkając w mniejszej miejscowości, w ogóle nie poczulibyśmy potrzeby przeprowadzki, ale uciążliwości życia w stolicy były tak nieprzyjemne, że z ulgą przyjęliśmy tę diametralną zmianę.

Wielka ucieczka?
Raczej wybór życiowy. Do odważnych świat należy. I do młodych też. Moment na zmiany był dobry: nie byliśmy jeszcze przywiązani do miejsca poprzez pracę czy szkołę, do której chodziłyby nasze dzieci. Wybór padł na Beskid Niski, gdyż przez dramat wysiedleń kusił ciszą, spokojem, przestrzenią, pustką. Nie uciekaliśmy jednak od ludzi, lecz od zgiełku. Ludzi lubimy, przeszkadza nam chaos. Poza tym byłam wówczas członkiem zespołu Werchowyna, grającego muzykę łemkowską, więc gdzie, jeżeli nie tutaj, mogliśmy osiąść?

A dlaczego Wasz nowy dom nazwaliście Farfurnią?
Mój mąż skończył Uniwersytet Ludowy w Turnie nad Pilicą, gdzie zdobył uprawnienia czeladnika ceramiki, którą tu się zajmuje. Ja z kolei jestem niedoszłą skrzypaczką (chodziłam do szkoły muzycznej) i technikiem fizjoterapii. Nie prowadzę jednak zajęć rehabilitacyjnych, gdyż znacznie bliższe mojemu sercu jest rękodzieło.

Niewiele tu zostało z najmniejszego PGR-u. Mieszkacie teraz w pięknym, dużym, drewnianym domu.
20 lat temu nie stać nas było na więcej niż PGR, ale estetyka architektury komunistycznej jest daleka od naszych upodobań. Po jakimś czasie wzięliśmy więc kredyt na dom na peryferiach Zawadki. Przez rok wiliśmy gniazdko dla siebie i swoich gości.

Spore to gniazdko...
Obawiałam się, że budynek będzie zbyt duży, ale przestrzeni dookoła jest tyle, że nie przytłacza swoją wielkością. Przyjmujemy czasem wycieczki szkolne, więc zależało nam, aby nawet 50 osób zmieściło się wygodnie. Preferujemy jednak mniejsze grupy – nie traktujemy gości jak źródła utrzymania. Ważna jest dla nas atmosfera. Farfurnia to nie przydrożny zajazd, rzadko trafiają tu przypadkowe osoby. Większość przyjeżdża wielokrotnie, ceniąc to, co dla innych mogłoby być mankamentem: brak telewizora, hasło do Wi-Fi udostępniane tylko dorosłym, niepisaną zasadę, że we wspólnej jadalni nie korzystamy z komputerów, oraz słaby sygnał sieci telefonów komórkowych.

Na wizytówce jest jednak numer Waszej komórki.
Bo czasem bywamy z nią w mieście... (śmiech) Telefony komórkowe działają tu przy ładnej pogodzie i pod warunkiem, że leżą spokojnie na stole. Właściciele nie mogą ich nosić, więc tracą one charakter urządzeń mobilnych. Gdy nasi goście muszą pilnie zadzwonić, wybierają się w góry. Nazywamy to „turystyką komórkową”. Służymy informacją o zasięgu poszczególnych sieci na najbliższych stokach... (śmiech)

Czy te zabawne umywalki wykonał własnoręcznie Twój mąż?
Tak. W pegeerze mieliśmy zbyt mały piec na takie wyroby, ale budując nowy dom, jako muza swojego męża, stwierdziłam, iż nie możemy mieć w nim zwyczajnych sanitariatów. Idąc tym tropem, postanowiliśmy postawić większy piec, pozwalający na realizację również większych fantazji. W łazienkach mamy zatem unikatowe umywalki oraz dekory własnej roboty, a w kuchni kafle – autorski wystrój Michała.

Talerze i kubeczki też?
Nie, zastawa stołowa jest uniwersalna, można ją tłuc bez żalu i wyrzutów sumienia... (śmiech)

Na Waszej stronie znalazłem informację o trójce dzieci, a na zdjęciach widzę ich więcej. Aż trudno się doliczyć...
Mamy ich sześcioro, od czwartego brakuje nam czasu na prowadzenie strony... (śmiech)

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też