Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Kryzys polskiego himalaizmu

Dziś nikt już kominów nie czyści

NPM 1/2010
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Łukasz Długowski
Kinga Baranowska przez długi czas nie była traktowana jak sportowiec, w którego warto zainwestować. Sytuacja zmieniła się w 2008 roku po zdobyciu przez nią Manaslu i Dhaulagiri. Na zdjęciu: Kinga w drodze na Dhaulagiri, wiosna 2008 r. (FOT. ARCHIWUM KINGI BARANOWSKIEJ)
Himalaiści za PRL-u mieli jak u Pana Boga za piecem. Pieniądze na wyprawy nawet, jeśli było ich niewiele, zawsze jakoś się znajdowały. Dodatkowo na ekspedycjach można było zarobić – wystarczyło na przykład przywieźć ciężarówkę indyjskich ciuchów. Dzisiaj zorganizowanie wyprawy w Himalaje graniczy z cudem. Państwo niechętnie się do nich dokłada, a sponsorów jest jak na lekarstwo. Dlatego sukcesów mamy teraz tak mało.

Ponad pół roku po zdobyciu Mount Everestu (1978 r.) w mieszkaniu Wandy Rutkiewicz zjawił się młody chłopak. Były jej imieniny. Wręczył jej bukiet kwiatów i paczuszkę. W pudełku było sto tysięcy złotych i liścik: „Wykorzystaj te pieniądze na następne górskie przedsięwzięcia – oby w tak dobrym stylu jak Mount Everest”. Kwota była tak duża, że udało się za nią sfinansować prawie całą wyprawę na K2 (1982 r.). I prawdopodobnie była to jedyna ekspedycja, zorganizowana z taką łatwością. Standardowo wyjazd w Himalaje oznaczał bowiem kilka albo nawet kilkanaście miesięcy starań o pieniądze. To było pisanie wniosków, przekonywanie urzędników, a przede wszystkim wiszenie na kominach.

Z Indii szły ciężarówki
– Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku to okres prac wysokościowych – mówi Krzysztof Wielicki, zdobywca Korony Himalajów. – Na jednym kominie wisiało po dwóch doktorów i jeden docent. Czas wtedy nie miał wartości. Robiliśmy to, co chcieliśmy. Spotykaliśmy się w klubie wysokogórskim, marzyliśmy, planowaliśmy i w góry!
Wyprawa na Lhotse (1979 r.), pierwszy ośmiotysięcznik zdobyty przez Jerzego Kukuczkę, kosztowała „sześć kominów”. Wynagrodzenie za ich pomalowanie wyniosło niemal milion złotych, czyli dwieście ówczesnych średnich miesięcznych pensji. Pieniądze zarobione na kominach pozwoliły poznańskiemu Klubowi Wysokogórskiemu zorganizować wyprawę na Jalung Kang (8450 m n.p.m.), jeden z wierzchołków Kanczendzongi (1984 r.). Ale nie tylko kominy były sposobem na zdobycie pieniędzy. Artur Hajzer pierwszy wyjazd w Alpy sfinansował za gwoździe.
– W Katowicach Szwedzi budowali wieżowiec Centrali Handlu Zagranicznego. Całe lato wyciągałem gwoździe z szalunków, żeby deski można było ponownie użyć. Zarabiałem wtedy trzy dolary na godzinę – wspomina Hajzer.
Na wyciąganiu gwoździ się nie skończyło. Kiedy Kukuczka wyruszał w Hindukusz na Tirich Mir (1977 r.), Hajzer obszywał wyprawę w uprzęże wspinaczkowe, plecaki, śpiwory i kurtki. W ten sposób zarobił pieniądze na pierwszy wyjazd w góry wysokie.
W PRL-u wyprawy dotował Główny Urząd Kultury Fizycznej i Turystyki, Polski Związek Alpinizmu i kluby wysokogórskie. Ale równie ważnym wkładem była pomoc, otrzymywana od wielkich, państwowych fabryk. Firmy dostarczały zarówno żywność, jak i sprzęt wspinaczkowy. Ten ostatni często powstawał w wyniku improwizacji. Zamiast okularów lodowcowych korzystano z gogli spawalniczych, a śruby lodowe i raki wykonywano w zakładach WSK Świdnik. Stopniowo jednak sytuacja się poprawiała. Także dlatego, że na wyprawach można było zarobić.
– W drugiej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku sklepy w Kathmandu przepełnione były polskim towarem: zupami w proszku, konserwami, kremami Nivea – opowiada Wojciech Kurtyka, jeden z najwybitniejszych polskich himalaistów. – Szły z Polski całe ciężarówki. Wyprawa zaczynała się od jednego wielkiego bazaru.
Najlepszym sposobem na zawodowe uprawianie himalaizmu było przywiezienie z wyprawy jednej ciężarówki sukienek z Indii. Dzięki zyskom nie trzeba było pracować, a ludzie gór mieli sporo czasu, żeby planować wyprawy.
Polacy wielokrotnie na wyprawy zapraszali himalaistów z krajów Europy Zachodniej, którzy wnosili do budżetu cenne dewizy. Między innymi dlatego zimowa ekspedycja na K2 (1987/1988 r.) miała międzynarodowy skład. Na trzydziestu dwóch wspinaczy aż szesnastu pochodziło z zagranicy – Anglii i Kanady. Koszt wyprawy, który obrósł już legendą, podobno wyniósł milion dolarów.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też