Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Gerlach

Dziesięć godzin rzeźni

NPM 10/2013
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Cylka
(fot. Michał Parwa)
Grupa słowackich „taterników” schodzi ze szczytu zupełnie rozluźniona. Widać, że zdobycie Gerlachu zupełnie uśpiło czujność ekipy. Uśmiech na ich ustach znika dopiero wtedy, gdy bezskutecznie próbują znaleźć właściwą drogę. Gdyby w pewnym momencie się nie cofnęli, stanęliby nad 30-metrowym urwiskiem. Strach pomyśleć, co by było podczas nagłego załamania pogody.

Gerlach (2655 m n.p.m.) chodzi po głowie każdemu miłośnikowi Tatr. To w końcu najwyższy szczyt całego pasma, nazwany dostojnie przez Mieczysława Karłowicza „Królem”. Po zdobyciu najważniejszych szczytów po polskiej i słowackiej stronie, na które prowadzą oznakowane szlaki, każdy staje przed ważnym wyzwaniem: co dalej? Zazwyczaj Gerlach na liście jest pierwszy. Niestety, nikt z naszej trzyosobowej „n.p.m.”-owej ekipy nie ma stosownych uprawnień, żeby legalnie wejść na wierzchołek. Razem z Michałem i Danielem nie mamy zatem wyjścia i decydujemy się na przewodnika. Edward (Edi) Lichota, na co dzień między innymi wiceszef TOPR i doświadczony ratownik oraz przewodnik górski, współpracuje okazyjnie z naszym magazynem. Wybór mógł być zatem tylko jeden.

Atak zza biurka
Sierpniowy termin – na szczęście przed słynnym długim weekendem, który bije w Tatrach wszelkie rekordy popularności – dogadaliśmy z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Mamy zarezerwowane cztery dni na akcję górską. Kiedy na początku upragnionego urlopu dopiero jedziemy zakopianką w góry, wiemy już, że najlepsza i stabilna pogoda będzie pierwszego dnia.
– Prognozy są naprawdę dobre, ale decyzja należy do was – Edi grzecznie, lecz sugestywnie daje nam do zrozumienia, że potem może być już tylko gorzej.
Mamy zatem do wyboru: albo atakujemy „metodą zza biurka”, albo łudzimy się, że słoneczna aura nie odpuści, i najpierw rozgrzewamy kości na mniejszych górach. Filozoficznych debat i mądrych dyskusji o przewadze jednego rozwiązania nad drugim nie prowadzimy. Wszyscy jesteśmy zgodni: ruszamy od razu. Mamy za sobą regularne, weekendowe rozruchy z testów podczas III Rankingu schronisk górskich „n.p.m.”, więc z kondycją nie powinno być źle. Scenariusz na najbliższe godziny wygląda zatem następująco: wieczorem ledwo co meldujemy się w pensjonacie w Starym Smokowcu, a już o 4.30 czeka nas pobudka.
– Trochę zabójcze, ale wszystko w granicach rozsądku – oceniamy zgodnie.
O szóstej mamy umówiony bus z Tatrzańskiej Polanki do schroniska Dom Śląski nad Wielickim Stawem. Znam kilku zdobywców, którzy atakowali Króla z samego dołu. Ale co najmniej półtoragodzinny marsz asfaltem to nie jest żadna atrakcja. W trekkersów albo szerpów się nie bawimy, ale niektórzy owszem.
– To był przypadek. Terenowe auto się zepsuło i mieliśmy z kolegą dwa rozwiązania: albo czekamy dwie godziny na następny pojazd, albo uderzamy z buta. Wybraliśmy to drugie rozwiązanie, choć nasz przewodnik nie był z marszu zadowolony. Przyznał się nawet, że z grupą na Gerlach idzie tędy na nogach po raz pierwszy. Byliśmy szybciej od drugiego auta – wspomina Magdalena Chlebowska, administratorka naszego forum „n.p.m.”.
Zresztą, klienci busa muszą być zdyscyplinowani. Kto na umówioną godzinę spóźni się choćby pięć minut, temu kurs przepada, bo rozkład jazdy jest jak Biblia i w kolejce czekają następni potencjalni zdobywcy Gerlachu. Jesteśmy na szczęście punktualni. W austriackich Alpach poinformowałyby o tym dzwony z kościelnych wież, które dają głos regularnie co kwadrans. Ale Słowacja to kraj bardziej zlaicyzowany i tu nikt na „Anioł Pański” nie budzi. Już ze środka obszernego land rovera patrzymy z niepokojem na zachmurzone niebo.
– Nawet „Mountain-forecast” może się mylić – oceniamy na bieżąco sytuację. Czyżby prestiżowy, górski serwis pogodowy miał nas wyprowadzić w pole? Na szczęście kierowca przyjechał po nas ze Śląskiego Domu i wie o czymś, co niedługo stanie się naszym udziałem.
– Jest dobrze i będzie dobrze – uśmiecha się do nas serdecznie. Jakoś nie możemy mu uwierzyć. Ale po chwili, niemal równo na wysokości 1500 m n.p.m., wyjeżdżamy ponad chmury. Nad nami czyste niebo, widać pierwsze szczyty stojące dumnie w promieniach wschodzącego słońca. Coś, co pół kilometra niżej wydawało się nieprawdopodobne, stało się faktem. „Mountain-forecast” miał rację.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Słowacja

Zobacz też