Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Klaudia Tasz

Dzieci są ważniejsze od nart

NPM 1/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
Klaudia Tasz z córką Hanką na Polanie Kalatówki (FOT. archiwum Klaudii Tasz)
Z Klaudią Tasz, mistrzynią Polski w skialpinizmie, instruktorem narciarstwa i przewodnikiem tatrzańskim, rozmawia Jakub Terakowski  

Większość z nas kojarzy Cię ze skialpinizmem, a tymczasem Twój film „Pasterz” został pokazany na Przeglądzie Filmów Górskich w Lądku-Zdroju. To nowe hobby?
Pasja poznawania świata i chęć dzielenia się tym towarzyszy mi od wielu lat. Dawniej nie miałam wystarczających środków do jej realizowania, bo dobra kamera kosztuje majątek, a opanowanie warsztatu wymaga czasu. Ale teraz, gdy już udało mi się pokonać te przeszkody, postanowiłam z bratem i naszym wspólnym przyjacielem Bartoszem Bartyzelem przygotować cykl krótkich filmów informacyjno-rozrywkowych. Mało kto ma dzisiaj czas, aby obejrzeć dokument trwający godzinę; znacznie łatwiej w przerwie na kawę zobaczyć kilkuminutową migawkę. Etiudę, która w skondensowanej formie pokaże góry ludziom tęskniącym za nimi, lecz pracującym na dwa etaty z nadgodzinami. Za swój największy sukces uważam entuzjazm, z jakim publiczność przyjmuje moje filmy, a to, że „Pasterz” został dopuszczony do festiwalu w Lądku, jest wyznacznikiem uznania dla mojej pracy.

Uważasz „Pasterza”, trzyminutową impresję o Tatrach, za swój najlepszy film?
Boję się słowa „najlepszy”, gdyż nie lubię stresu związanego z rywalizacją. Zależy mi na podzieleniu się swoją wizją, a nie na zdobywaniu laurów.
Moment. Nie znajdujesz upodobania w rywalizacji? To musisz chyba cierpieć katusze, startując w zawodach.
Rywalizacja nie jest dla mnie celem, ani nawet środkiem, lecz pochodną stylu życia. Lubię się ścigać, a nie zwyciężać, pokonuję własne słabości, a nie przeciwników. Moim zdaniem wynika to z pierwotnej natury człowieka, który aby przetrwać jako gatunek, musiał ścigać się z innymi.
Ale ewolucja pozwala przetrwać tylko wygrywającym.
A w zawodach sportowych fajne jest to, że metę może zdobyć każdy. W biznesie liczy się wynik – firma, która nie przynosi zysku, upadnie – natomiast w zawodach nawet ostatni może czuć satysfakcję.
Łatwo to mówić osobie, która raz po raz wygrywa...
Podziwiam ludzi, którzy niezależnie od tego, jakie osiągają wyniki, sukcesywnie je polepszają, chociaż na liście startowej wciąż znajdują się w ogonie.

I nie jest milej stanąć na podium niż na ostatnim, lub nawet na czwartym miejscu?
Czwarta pozycja jest najgorsza, bo to zaledwie krok od podium.

Bywałaś czwarta?
Tak.

I wtedy też myślałaś tylko o tym, jak miło było się pościgać?
Czasem czwarte miejsce dzieli od trzeciego „kosmos”.
A czasem ułamek sekundy.
Miałam taką sytuację w Trofeo Mezzalama, niebywale prestiżowych zawodach rozgrywanych we Włoszech. Wtedy sama obecność w Alpach i pokonanie tej trasy sprawiły mi tak autentyczną przyjemność, że pozycja na mecie nie miała dla mnie żadnego znaczenia.

Wróćmy do „Pasterza”. O czym jest ten film?
Miałam w tym materiale wizję Tatr jako ostoi tolerancji, w której jest miejsce dla wszystkich – niezależnie od przekonań, wieku i płci. Od 10 lat jestem przewodnikiem. Podczas jednej z wycieczek poznałam księdza Piotra, niezwykle barwnego człowieka, którego postanowiłam przedstawić. Nie jestem szczególnie religijna, lecz uważam, że ostatnio krzywdzi się kapłanów, pokazując ich tendencyjnie, tylko w negatywnym świetle. Bo to jest modne, bo pozwala czerpać korzyści z przebywania w mainstreamie. Zdecydowałam się więc pokazać księdza zupełnie innego niż stereotypowy, czarny charakter. Piotra, który odprawia msze w górach, bo stamtąd do Stwórcy jest bliżej. A równocześnie jest świetnym kumplem i żal się z nim żegnać, gdy wraca do domu.

Jak turyści reagują na nabożeństwo odprawiane przy szlaku?
Bardzo przychylnie. Nigdy nie słyszałam złego słowa. Mam wrażenie, że surowość gór powoduje, iż ludzie są w nich nawzajem dla siebie życzliwsi, bardziej otwarci, nie poprzestają na zwyczajowym „dzień dobry”, które zresztą jest już w Tatrach trochę pozbawione sensu.

Dlaczego?
Bo sto lat temu w Zakopanem stało zaledwie tysiąc chałup rozrzuconych po całej dolinie. Górale nie chodzili w góry, a turystów można było policzyć na palcach. Spotkanie na szlaku stanowiło wówczas nie lada wydarzenie.

Górale nie chodzili po górach? A Klimek Bachleda, Maciej Sieczka, Szymon Tatar?
Górale nadal nie chodzą po górach, bo nie mają czasu na zbytki. Mówią, że „nie trza się drapać, ka nie swędzi” – gospodarstwem należy się zająć, zadbać o dutki. Sto lat temu podstawą przetrwania zimy było tutaj pole i zwierzęta. Owszem, pierwszymi przewodnikami tatrzańskimi byli górale, lecz nie ci najbogatsi, którzy musieli dbać o dobytek, lecz najbiedniejsi, bez skrawka ziemi. To oni chodzili na polowacke, poznając percie, po których uganiali się za kozicami.

(...)

Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też