Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Dwie dychy kultowej imprezy

NPM 10/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Dorota Rakowicz
Jeden z najtrudniejszych momentów w historii festiwalu. W 2013 roku to właśnie do Lądka Zdroju, pierwszy raz po wydarzeniach na Broad Peaku, przyjechali Artur Małek, Adam Bielecki i Krzysztof Wielicki (FOT. Marek Arcimowicz)
Liczba festiwali górskich w Polsce pokazuje najlepiej, że ludzie chcą się ze sobą spotykać. Nic tak nie motywuje do codziennego wstawania o piątej rano, by pobiegać przed pracą lub szkołą, jak wysłuchanie opowieści tych znanych i mniej znanych górołazów o zdobyczach minionego roku. Wśród wielu imprez górskich jest jednak taka, która zdecydowanie się wyróżnia, a jej ojcowie mogą czuć dumę. Ich dziecko w małym i niepozornym Lądku Zdroju kończy właśnie 20 lat.

Każdy, kto choć raz pojechał we wrześniowy weekend do Lądka Zdroju i przekonał się na własnej skórze, jak to jest z tym Przeglądem Filmów Górskich im. Andrzeja Zawady, pewnie właśnie ociera łzę wzruszenia. W tym roku czeka nas 20. edycja festiwalu i nie ma żadnych wątpliwości – to już impreza kultowa. W zasadzie środowisko górskie dzieli się na tych, którzy do Lądka jeździli, jeżdżą lub będą jeździć. Innej możliwości po prostu nie ma.

Potrzeba matką wynalazków
Kiedy dwa lata temu pisaliśmy na łamach „n.p.m.” o fenomenie festiwali górskich w Polsce, nasi rozmówcy zgodnie podkreślali, że te imprezy nie zrodziły się z chaosu. Na przełomie lat 80. i 90. całe środowisko górskie spotykało się na Festiwalu Filmów Górskich w Katowicach i to on właśnie uznawany jest za festiwal-matkę. Na pytanie, kto pokazywał się wtedy w stolicy Śląska, można uzyskać tylko jedną odpowiedź – wszyscy.
– Rozmach tego wydarzenia był niesamowity – wspomina Zbigniew Piotrowicz, pomysłodawca lądeckiej imprezy, himalaista i dziennikarz w jednej osobie. – Pojawiali się tam nie tylko znakomici goście, ale sprowadzano filmy, które w tamtych czasach nie były w ogóle dostępne. Mnie one zachwycały, tak jak i cały festiwal
– dodaje Piotrowicz.
W 1993 roku festiwal w Katowicach, między innymi z powodów finansowych, nie doszedł do skutku. Piotrowicz jednak uznał, że każdy kolejny rok bez filmów i prezentacji dokonań górskich z ostatnich miesięcy będzie rokiem straconym. Zakasał rękawy i kupił… spitownicę.
– Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, kiedy festiwal w Lądku uzyskał finansowanie, było kupienie spitownicy. Wraz z kilkoma kolegami ospitowaliśmy lądeckie skały, aby przyciągnąć wspinaczy nową atrakcją – wspomina Piotrowicz. – Byliśmy jedyną gminą w Polsce, która miała gminną spitownicę.
Na ile skały przyciągnęły widzów, trudno dziś powiedzieć. Ale śmiało można stwierdzić, że od samego początku organizatorzy festiwalu stawiali na świetne filmy i ciekawych gości.
– Od początku jako organizator miałem trochę ułatwione zadanie – wspomina dziś Piotrowicz, który zorganizował ją jako prywatna osoba przy niewielkiej dotacji lądeckiego samorządu (10 tys. zł). – Wspinałem się wówczas bardzo aktywnie, byłem w tym środowisku, miałem odpowiednie znajomości, by ściągnąć do Lądka dobre filmy. Jedyne, o co drżałem do samego końca, to czy w ogóle ktokolwiek przyjedzie je oglądać. Nie było wtedy Internetu, takiego nagłośnienia imprez jak dziś. Ale już o świcie w dniu rozpoczęcia festiwalu zjawił się pierwszy gość i był to nie kto inny jak Andrzej Zawada, dla mnie człowiek-legenda.

Przyjechał pierwszy i pozostał z Lądkiem na zawsze
Wspomnienie Andrzeja Zawady, który przybył o szóstej rano do Lądka Zdroju i pukał do zamkniętych drzwi Kinoteatru, na stałe wpisało się w historię festiwalu. Legendarny kierownik wypraw złotej ery polskiego himalaizmu był obecny na Przeglądzie dosłownie od pierwszego momentu i czuł się mocno z tym wydarzeniem związany. Piotrowicz wspomina dziś, że najtrudniejsza dla niego i wszystkich osób pracujących przy festiwalu była edycja z 2000 roku.
– Andrzej Zawada zadzwonił do mnie w lutym i zapytał, czy ta edycja mogłaby być jego jubileuszem. Mijało akurat 50 lat od rozpoczęcia jego działalności górskiej
– wspomina Piotrowicz. – Nie wiedziałem wtedy, że Andrzej jest poważnie chory. W Lądku chciał podsumować swoje życie oraz... pożegnać się ze wszystkimi. Do dziś mam moralnego kaca, że tak późno zorientowałem się w całej sytuacji. Powiedziałem wtedy, że możemy jubileuszowi poświęcić jedno popołudnie.
Zawada nie zdążył na swój ostatni festiwal. Choroba postępowała bardzo szybko i w sierpniu, kilkanaście dni przed imprezą, zmarł. Piotrowicz wspomina, że kiedy dotarła do niego wiadomość o śmierci Andrzeja Zawady, w jedną noc zmienił cały program festiwalu.
– Wiedziałem, że jest już za późno, ale mimo wszystko chciałem go w ten sposób przeprosić – wspomina Piotrowicz, który chciał uhonorować Zawadę.
Zapytał Annę Milewską, czy zgodziłaby się, aby Przegląd nosił imię jej zmarłego męża. – Zgodziła się od razu, za co też ją podziwiam, i od tamtej pory festiwal otwiera co roku właśnie ona – dodaje Piotrowicz.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też