Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Monte Rosa

Dwanaście tysięcy metrów w jeden dzień

NPM 6/2008
Numer wyprzedany
Autor:
Piotr Adamski
()
Po porażce sprzed trzech lat wracamy pod Matterhorn, by w duecie spróbować szczęścia na tej pięknej górze. Charakterystyczną piramidę zamierzamy zdobyć od strony włoskiej. Wybieramy nieco trudniejszą technicznie drogę od najpopularniejszej trasy od strony szwajcarskiej, ale za to krótszą i bezpieczniejszą. Na miejscu czekają nas jednak niemiłe niespodzianki.  

Z Pol­ski wy­jeż­dża­my sa­mo­cho­dem póź­nym wie­czo­rem. Ca­łą let­nią noc prze­mie­rza­my nie­miec­kie au­to­stra­dy – szyb­ko, kom­for­to­wo, bez­ko­li­zyj­nie.
– Czy do­cze­kam kie­dyś w mo­im kra­ju sie­ci dróg o zbli­żo­nym stan­dar­dzie? – my­ślę so­bie, sie­dząc za kół­kiem.
Nad ra­nem je­ste­śmy w Szwaj­ca­rii. Tu dro­gi jesz­cze lep­sze, choć już płat­ne. Kie­ru­je­my się w stro­nę wło­skiej do­li­ny Aosty. Gra­ni­cę mię­dzy szwaj­car­skim Mar­ti­gny a wło­ską Aostą moż­na po­ko­nać na dwa spo­so­by. Al­bo tu­ne­lem wy­drą­żo­nym pod prze­łę­czą świę­te­go Ber­nar­da, albo przez sa­mą prze­łęcz, któ­ra le­ży na wy­so­ko­ści 2469 m n.p.m. Wy­bie­ram to dru­gie roz­wią­za­nie, bo za­wsze uwiel­biam tam­tę­dy jeź­dzić. Wą­ziut­ka, pną­ca się i krę­ta dro­ga, od­dzie­lo­na od prze­pa­ści­ste­go zbo­cza je­dy­nie nie­wy­so­kim mur­kiem, do­star­cza mi­łych wra­żeń. Na sa­mej prze­łę­czy znaj­du­je się przej­ście gra­nicz­ne, bo Szwaj­ca­ria nie na­le­ży do Unii Eu­ro­pej­skiej i kon­tro­le nie prze­szły tu do hi­sto­rii. Jest też kil­ka dro­gich re­stau­ra­cji i je­zior­ko w ko­lo­rze tur­ku­so­wym. Po dru­giej stro­nie po­dob­nie – ostro i krę­to, tyl­ko że te­raz je­dzie­my już w dół. Uwa­żam, by za szyb­ko się nie roz­pę­dzić. W pew­nym mo­men­cie do­strze­ga­my – nie da się ukryć – dość oso­bli­wy po­jazd. Za nim na­stęp­ny i na­stęp­ny. Wiel­ką we­so­łość wzbu­dza w nas wy­prze­dza­nie wy­ciecz­ki na dziw­nych jed­no­ko­łow­cach. Pró­bu­je­my z po­ru­sza­ją­ce­go się au­ta okre­ślić, czy jed­no­śla­dy te są wy­po­sa­żo­ne w ha­mul­ce, czy ma­my do czy­nie­nia z mo­no­cy­kla­mi „na ostrym ko­le”. Do­cho­dzi­my wspól­nie do wnio­sku, że po­jaz­dy ha­mul­ce jed­nak ma­ją.
 
Mat­ter­horn uto­nął w chmu­rach
Po prawie 15 go­dzi­nach jaz­dy – to mniej wię­cej ty­le sa­mo, co po­cią­giem z Po­zna­nia w Biesz­cza­dy – mel­du­je­my się w mia­stecz­ku Ce­rvi­nia. Mie­ści­na no­si jesz­cze na­zwę Breu­il, ale ta wło­ska bar­dziej przy­pa­dła mi do gu­stu. Mat­ter­horn – nasz wy­ma­rzo­ny cel – to­nie w chmu­rach. Deszcz sią­pi nie­mi­ło­sier­nie i tro­chę scho­dzi z nas po­wie­trze. Jesz­cze gor­sze sa­mo­po­czu­cie ma­my po spraw­dze­niu pro­gno­zy po­go­dy i wi­zy­cie na po­ste­run­ku ra­tow­ni­ków. Ta­ka mar­na po­go­da utrzy­ma się oko­ło ty­go­dnia.
– Na­wet jeśli wcze­śniej zmie­ni się na lep­sze, są ma­łe szan­se na po­wo­dze­nie z uwa­gi na trud­ne śnież­ne wa­run­ki po­wy­żej czte­rech ty­się­cy me­trów – mó­wią nam ra­tow­ni­cy.
Kiep­sko wy­glą­da na­sza sy­tu­acja, bo ma­my tyl­ko kil­ka dni urlo­pu. Nie mo­że­my ich zmar­no­wać. Wie­czo­rem po­dej­mu­je­my de­cy­zję. Je­dzie­my dwie do­li­ny da­lej na wschód. Tam zo­sta­wia­my sa­mo­chód i ude­rza­my w ma­syw Mon­te Ro­sa. To atrak­cyj­ne miej­sce, gdzie w krót­kim cza­sie moż­na zdo­być kil­ka szczy­tów czte­ro­ty­sięcz­nych o nie­zbyt wy­śru­bo­wa­nych wy­ma­ga­niach.
Ran­kiem ostat­nie spoj­rze­nie na Mat­ter­horn, a wła­ści­wie na je­go pod­nó­że, bo je­go pięk­ny ma­syw za­sło­nię­ty jest w ca­ło­ści przez chmu­ry. Zjeż­dża­my w dół, po czym kie­ru­je­my się do do­li­ny Val­le di Gres­so­ney, a wła­ści­wie do naj­bar­dziej wy­su­nię­te­go na pół­noc mia­stecz­ka Gres­so­ney la Tri­ni­te. Sa­mo­chód zo­sta­wia­my na par­kin­gu przy dol­nej sta­cji ko­lej­ki i pa­ku­je­my ple­ca­ki: na­miot, śpi­wo­ry, li­nę, szpej, pro­wiant na kil­ka dni i wo­dę.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też