Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Carstensz Pyramid

Dwanaście gwinejskich prac Herkulesa

NPM 3/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Zbyszek Bąk
Góry Carstensza niczym twierdza bronią swego dostępu (fot. Zbyszek Bąk)
Reinhold Messner – światowy autorytet we wspinaczce w górach wysokich – pewnie nie przypuszczał, ile narobi zamieszania, ogłaszając, że najwyższym szczytem Australii i Oceanii nie jest Góra Kościuszki, lecz Carstensz Pyramid. Nie mógł wiedzieć, ile trudności i potu dostarczy potencjalnym śmiałkom, którzy zapragną zdobyć tę perełkę w Koronie Ziemi.

Skład naszej ekspedycji na Carstensz Pyramid (4884 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Australii i Oceanii oraz najwyższy szczyt Ziemi leżący na wyspie – to zahartowany w górskich bojach zespół: cztery osoby z Polski (Kasia, Paweł, Staszek, Zbyszek), trzech Czechów (wszyscy Petry), Francuz Michel i Serb Basar. Lecimy samolotem rejsowym z zanieczyszczonej stolicy Indonezji – 12-milionowej Dżakarty – do Timiki, małego miasta leżącego na skraju zielonej Papui-Nowej Gwinei, a dalej małą, wyczarterowaną awionetką do Sugapy – wsi położonej na 2200 m n.p.m., w otoczonych niedostępną dżunglą górach Sudirman. Po rejsowych, dwupiętrowych boeingach, które oprócz nas zabierały na pokład 500 osób, ten jakże mały samolocik zaaplikował nam sporą dawkę adrenaliny. Kiedy trzęsąc się, zaczął podchodzić do lądowania na krótkim, prowizorycznym lądowisku, położonym na grzbiecie górskim na wysokości naszego Mięguszowieckiego, wciśnięci między worki z ryżem a małe prosiaki walczyliśmy z naszym strachem i obawami co do umiejętności pilotów. Na szczęście okazali się profesjonalistami i wylądowaliśmy szczęśliwie.

Tu nic nie jest na pewno
Sama Papua to wręcz neolityczna enklawa, która przetrwała nie tylko dzięki odległości dzielącej ją od reszty świata i nieprzyjaznej przyrodzie, ale ze względu na złą sławę jej mieszkańców, którzy zasłynęli jako okrutni wojownicy, łowcy głów i ludożercy. O skali trudności, jakie napotkali pierwsi badacze, mogą świadczyć nazwy dwóch rzek, nadane przy pierwszych próbach kolonizacji przez Holendrów w 1902 roku: Moordenaar (Morderca) i Doodslager (Rzeźnik).
Gdy lądujemy pośrodku Gór Śnieżnych, czeka tam na nas ogromny tłum Papuasów. Część z nich nosi już ubrania, ale wciąż jedynym odzieniem wielu mężczyzn jest koteka (odmiana wysuszonej tykwy) noszona na przyrodzeniu. Kobiet w ogóle nie widać. Dzieci za to cała masa. Wszystkich łączy brak obuwia, które tutaj jest oznaką dużego prestiżu. Jako biali stanowimy duże wydarzenie w życiu wsi. Jesteśmy w końcu ich nadzieją na zarobek. Każdy więc chce zostać naszym tragarzem. Dochodzi nawet do tego, że w pewnym momencie wszyscy rzucają się na nasze bagaże. Powstaje taki zamęt, że mało brakuje, a stracilibyśmy cały sprzęt i żywność. I tylko dzięki policji i naszemu przewodnikowi udaje się opanować tłum.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też