Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Gran Paradiso

Droga przez piekło do raju

NPM 12/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Michał Majcherczyk
(Fot. Michał Majcherczyk)
Nigdy nie planowałem wejść na Gran Paradiso. To nie była góra moich marzeń ani poważne wyzwanie dla mnie, ani nawet ciekawy cel na horyzoncie, który chciałbym kiedyś zdobyć. A jednak ów szczyt przyciągnął mnie do siebie jakby z własnej woli. Nie miałem wyjścia: musiałem na niego wejść. Ale zanim ten Wielki Raj wpuścił mnie na swój wierzchołek, przeciągnął mnie przez piekło i nauczył pokory.

W oknach instytutu naukowego w Karlsruhe do późna świeci się światło. Gdyby zajrzeć do środka, nie widać nic nadzwyczajnego – dwóch naukowców analizujących dane, szkicujących plany i listy sprzętu. Tych dwóch naukowców to Tobias i ja – Niemiec i Polak, doktoranci przy pracy. Tym razem nie pracujemy jednak nad nową teorią, lecz nad swoim pierwszym zimowym czterotysięcznikiem. Prognozy nie są optymistyczne: prawie w całych Alpach jest albo paskudna pogoda, albo panuje zagrożenie lawinowe trzeciego, a nawet czwartego stopnia. Na krótkiej liście celów możliwych dla nas do zrealizowania widnieje tylko Gran Paradiso (4061 m n.p.m.) we Włoszech oraz Nadelhorn (4327 m n.p.m.) w Alpach Walijskich. Z tym że na Gran Paradiso możliwy jest wiatr w porywach do 100 km/h, więc Nadelhorn wydaje się nam jedynym rozsądnym przedsięwzięciem. W styczniowy piątek po pracy wsiadamy w samochód i ruszamy w góry. (...)

Włochy witają nas prawie wiosennie, zapowiadane –20°C wydaje się nierealne. Aura na końcu samochodowej trasy w osadzie Pont (ok. 1960 m n.p.m.), leżącej na samym końcu drogi w dolinie Valsavarenche, zmusza nas jednak do założenia większości naszych ubrań i rakiet śnieżnych. Jest około godziny 14 i zimny wiatr daje się we znaki, lecz w końcu udaje się nam wyruszyć! Latem droga do schroniska Vittorio Emanuele II (2735 m n.p.m.) zajmuje dwie godziny. Teraz, ze względu na warunki, mnożymy ten czas razy trzy. A powinniśmy razy pięć…

Pierwsze podejście
Od samego początku walczymy z głębokim śniegiem i wiatrem smagającym nas po twarzach. Nie mając GPS-u ani dokładnej mapy, nie szukamy szlaku. Decydujemy podejść doliną tak wysoko, jak się da, a potem trawersem po poziomicy dojść do schroniska. Jednak nawet z rakietami zapadamy się co chwilę po uda w śnieg, a powoli
zaczyna się ściemniać. Podchodzimy więc pod górę w miejscu, które wygląda na łatwe. Wygląda – ale nie jest. Walczymy o każdy metr, wspomagamy się gałęziami, gdy tylko jest to możliwe. Po prawie dobie spędzonej w samochodzie i krótkim śnie zaczynamy czuć zmęczenie. Zapada zmrok, a my wciąż nie wyszliśmy ponad linię drzew.
Docieramy do pierwszych skał wystających ze śniegu. Po krótkiej przerwie na herbatę źle przypięta łopata ześlizguje się po stoku w ciemność. Brakuje nam sił i odwagi, żeby zejść jej szukać.
Śnieg twardnieje; ściągamy rakiety i zakładamy raki. Każdy nasz krok powoduje ogromne trzaski w śniegu. Jedyne, o czym mogę myśleć, to lawina. Tylko nie lawina! Przechodzę sam przez kuluar tak szybko, jak na to mnie stać; dopiero potem każę przejść Tobiasowi.
Zmęczenie, zimno, niepewność... Mija godzina za godziną, a my wciąż nie widzimy schroniska ani strumienia, przy którym powinno ono leżeć. Tobias zaczyna się bać, a ja myśleć o biwaku i podjęciu dalszej drogi dopiero rano.
Siedzimy za dużą skałą, szukając schronienia od wiatru. Pijemy resztki zimnej herbaty i próbujemy posilić się batonem.
– Dojdziemy do schroniska? – pyta Tobias. – Jest już po 10.
– Nie wiem. Ono musi być w kierunku, w którym idziemy. Nie ma innego wyjścia. A nawet jeśli nie, to tu jest bezpiecznie, możemy biwakować – uspokajam go już od jakiegoś czasu.
– Biwakować? – dopytuje z niedowierzaniem.
– Wykopać dziurę w śniegu za którąś ze skał, przykryć ją naszymi płachtami i się w nich przespać. Nic strasznego. Powiem ci szczerze, że mam już na to ochotę – tłumaczę.
– Chodźmy dalej! Dojdźmy do schroniska! – słyszę w odpowiedzi.
Śnieg jest raz twardy jak skała, to znów zapadamy się w nim po uda. Raki, rakiety – nie ma dobrego wyjścia. Dochodzi 11, opadamy z sił... Nie wierzę już, że będziemy dziś nocować pod dachem. Tobias trzyma się dobrze i nie narzeka. Ale widzę, że wizja biwaku dodaje mu sił. Nie chce spać pod gołym niebem. Nic dziwnego – pierwszy raz w wysokich Alpach, w zimie, no i jeszcze nocny biwak…
Za każdym wzniesieniem, z którego powinno już być widoczne schronisko, pojawia się kolejne wzniesienie. Tobias nic nie mówi; siada ciężko na śniegu. Ja najchętniej poszukałbym miejsca do snu, ale mam wyrzuty sumienia… Na to chyba jednak się nie pisał.
– Spróbujemy jeszcze jedno?
– Tak…
Ten rytuał powtarza się jeszcze kilka razy.
– Jest! – krzyczę.
– Jest? Widzisz? – Tobias dopytuje się z nadzieją w głosie.
W słabym blasku gwiazd i księżyca widać schronisko. Wydaje się już blisko – kwadrans, góra dwa.
– O mein Gott, nareszcie! Myślałem, że nigdy go nie znajdziemy...
– Chodź, zaraz będziemy na miejscu, to już niedaleko! – dawka endorfin i adrenaliny dodaje mi sił.
Mimo rakiet zapadamy się co rusz po pas w miękki śnieg. Droga, którą oceniłem na kwadrans, zajmuje nam ponad godzinę, a gdy schronisko jest tuż-tuż, nie mam siły zrobić kolejnego kroku.
Jeszcze parę minut, a będę u celu. Tobias wyprzedza mnie; jest już prawie na miejscu, a ja – nie mogę postawić kolejnego kroku. Chce mi się płakać; najchętniej położyłbym się tu, gdzie stoję, i zasnął. „Jutro pójdę dalej…”. Krok. „Uda palą żywym ogniem…”. Krok. „To nie ogień – to mróz. Nie są gorące – są zmęczone i zimne…”. Krok. „Nie mam siły się podnieść, to podejście jest tak strome…”. Krok. „Skąd Tobias ma tyle siły?…”. Krok. „Nie dam rady, nie dam rady…”. Krok. „Ty durniu, zaciągnąłeś siebie i kolegę w taki kanał!…”. Krok. „Teraz już musisz dojść, dasz radę!”. „Nie mam siły!…”. Krok. Docieram na próg schroniska.
Po kwadransie walki z oblodzonymi drzwiami udaje się nam wejść do środka. W pomieszczeniu są tylko pokryte kocami łóżka. Wyciągamy śpiwory, ściągamy buty i rzucamy się, tak jak stoimy, na materace. Zasypiamy.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też