Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Od redakcji |

Drodzy Czytelnicy

NPM 10/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Cylka
()
O tragicznej w skutkach sierpniowej burzy nad Tatrami powiedziano pewnie już wszystko. Przez kilka tygodni wypowiadali się w mediach turyści, ratownicy, lekarze, meteorologowie, a nawet politycy. Ale dodam też od siebie kilka zdań, bo nie ma numeru „n.p.m.”, w którym nie byłoby tekstu, że ktoś uciekał przed burzą albo nerwowo spoglądał na sine niebo.

Informacja o nawałnicy dotarła do mnie, gdy byłem ze znajomymi w Dolomitach. Na bieżąco śledziliśmy tam prognozy pogody i spoglądaliśmy na meteorologiczne radary w sieci. Regularnie patrzyliśmy, co pokazują kamerki internetowe w różnych punktach Masywu Brenta, żeby wiedzieć, co się dzieje w okolicy. To było ważne, bo każdego dnia niemal wszystkie prognozy zapowiadały, że ok. godz. 13 z nieba lunie i będą walić pioruny. Nie było doby bez ostrzeżeń przed silnymi wyładowaniami atmosferycznymi. I niemal w 90 procentach te prognozy się sprawdzały.
W takich okolicznościach nie mieliśmy co marzyć o grupowym wejściu na Monte Vioz (3645 m n.p.m.), co było naszym głównym górskim celem na ten rok. Wiedzieliśmy, że nie mamy się co pchać na wymagające i całodniowe via ferraty, bo nikt nie wyobrażał sobie, byśmy znaleźli się w epicentrum błyskawic, trzymając się lonżą stalowych ubezpieczeń. Choć było nam smutno i nie kryliśmy rozczarowania, bo energia nas rozpierała, musieliśmy się dostosować do warunków, jakie podyktowała pogoda. Wybieraliśmy się albo na krótkie, trzygodzinne via ferraty, albo na lekkie trekkingi. Gdy nie było innej możliwości, wjeżdżaliśmy kolejką na górę i decydowaliśmy się na delikatne spacery.
Pierwsze informacje z Tatr, jakie do nas wtedy w Alpach dotarły, były takie, że burza pojawiła się znikąd, że TOPR i TPN oraz IMGW nie wydali ostrzeżeń. Poprosiłem Marcina, naszego redakcyjnego speca od pogody o sygnał, czy tego dnia zapowiadano wyładowania. Po 30 sekundach przesłał mi grafikę z prognozą dla Kasprowego Wierchu – od poniedziałku do niedzieli błyskawice. Nie ma dla nikogo z turystów usprawiedliwienia.
Nie chcę nikogo potępiać, bo sam dwa lata temu uciekałem przed bardzo groźną burzą z Rohatki do Zbójnickiej Chaty w Tatrach Słowackich. Opisał to w jednym z tekstów na łamach „n.p.m.” Michał Parwa. Idąc rano z Łysej Polany Doliną Białej Wody, wiedzieliśmy, że około godziny 15 będzie walić. Mieliśmy wszystko wyliczone, że zdążymy do schroniska. Ale jak to w górach bywa, burza przyspieszyła o dwie godziny i walnęła akurat, gdy byliśmy na Rohatce, półtorej godziny od bezpiecznego miejsca. Jedyne, co mogliśmy, to uciekać, ile się da. W naszym przypadku wszystko dobrze się skończyło, ale w tym roku wiele rodzin przeżyło dramat.
Nie ma gwarancji, że na 100 procent unikniemy burzy w górach. Ale w dziewięciu na dziesięciu przypadkach łatwo wszystko przewidzieć. W tym roku pod Giewontem, niestety, nie wszyscy wzięli sobie prognozy do serca.


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też