Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Od redakcji |

Drodzy Czytelnicy

NPM 7/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Cylka
()
Znów trafiłem do górskiego teatru – tym razem na „Himalaje” w Teatrze Śląskim w Katowicach. To wielkie przedsięwzięcie, jakże różniące się od kameralnej „Wandy” z Bielska-Białej.

Gdy wchodzimy na salę, kurtyna jest już odsłonięta. Przed rozpoczęciem spektaklu wiemy więc, że ustawiona w tyle ścianka wspinaczkowa nie będzie głównym motywem. Jeśli zatem nie góry, to co? Z widowni na scenę wchodzi elegancki mężczyzna z kieliszkiem w dłoni. Młodsi od razu rozpoznają Miousha, cenionego już w Polsce rapera i producenta muzycznego. To on nada całości muzyczne tony, prezentując dźwięki na żywo. To będzie olbrzymi atut tego przedstawienia, jeśli damy się wciągnąć w transowe rytmy. Ktoś, komu Kukuczka będzie się kojarzył tylko z latami 80. i z „Latem z radiem”, zabłądzi już na samym początku. Ja nie zabłądziłem, ale niektórzy na widowni tak.
Za sprawą muzyki, a także scenografii i choreografii, nie cofamy się w czasie, jesteśmy tu i teraz. Tak, jakby Kukuczka zginął podczas tegorocznej wyprawy na K2, a nie w 1989 roku na południowej ścianie Lhotse. Na scenie nie ma więc ani słynnych niebieskich beczek wyprawowych, ani raków, czekanów czy innych górskich atrybutów. I dobrze, bo to już w teatrze widzieliśmy. Tak czy inaczej, aktorzy w garniturach, aktorki w sukienkach – oddający się w przerwach między wypowiedziami hipnotycznemu tańcowi – zupełnie nie kojarzą nam się z górami. I to jest autorska wizja reżysera, którą można przyjąć lub nie. Ja przyjmuję, choć wiele osób na widowni chyba nie, skoro na sali nie wszyscy stawali do owacji na stojąco.
Łatwo tu utożsamiać się z Jurkiem, bo Dariusz Chojnacki jest do niego tak bardzo fizycznie podobny, że człowiek ma wrażenie, jakby z Kukuczką w Istebnej rozmawiał. Zresztą sceniczne dialogi Jurka z żoną Cecylią (bardzo dobra rola Agnieszki Radzikowskiej) to są te momenty, które człowieka wbijają w fotel. Aż szkoda, że było ich tak mało. Bo skoro nie góry są na scenie na pierwszym planie, to mogła być właśnie rodzina. Ale też nie jest.
Z resztą aktorów mam problem. Reżyser Robert Talarczyk przekonuje, że to świadomy zabieg. Mamy skupić się na bohaterze i jego przekazie, a nie na fizycznym podobieństwie. Jest to jakieś wytłumaczenie, które jednak nie do końca do mnie trafia. W epizodach pojawiają się postaci kilkunastu himalaistów. I znów – mógł to być spektakl o drużynie i wyprawowych relacjach, ale nie jest. Mało tego, niezorientowani w himalajskim świecie mogą odnieść wrażenie, że z Kukuczki był niezły skurczybyk, który tylko narażał innych na śmierć. Ilu pomyślało tak na widowni? Obawiam się, że wielu.
Ja tę artystyczną wizję kupuję, ale czy zrobią to ci miłośnicy gór, którzy regularnie jeżdżą na festiwale? Albo ci, którzy górami interesują się tylko przy okazji narodowych tragedii? O tych, co góry ograniczają do Krupówek, już nawet nie chcę myśleć. O samych
himalaistach także. Mimo to polecam wizytę w katowickim teatrze. Warto się przekonać, czy kupicie tę artystyczną wizję Himalajów.


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też