Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Od redakcji |

Drodzy Czytelnicy

NPM 4/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Cylka
()
Medialne i internetowe szaleństwo wokół tegorocznej Narodowej Zimowej Wyprawy na K2 przeszło wszelkie oczekiwania. I bynajmniej to nie dziennikarze, którzy w opinii znacznej części społeczeństwa są jedynie sępami żadnymi krwi, okazali się w tej sytuacji winni. To sami himalaiści zafundowali nam spektakl on-line, przypominający momentami telenowelę brazylijską.

Dziś już pewnie nikt tego nie pamięta, bo akcja ratunkowa pod Nanga Parbat trochę nam przesłoniła spojrzenie, ale tak naprawdę na początku stycznia pies z kulawą nogą nie interesował się tym, co dzieje się pod K2. Poza portalami górskimi i uczestnikami branżowych festiwali, rzadko kto udostępniał informacje z Karakorum, a ogólnopolskie stacje radiowe i telewizyjne sporadycznie łączyły się z bazą. I dobrze, bo zimowa wyprawa na ośmiotysięcznik to nie gala wręczenia Oscarów, żeby zaglądać bohaterom do namiotów 24 godziny na dobę.
Zmieniło się to po tragedii na Nandze. Wszyscy w Polsce stali się ekspertami od himalaizmu – łącznie z plażowiczami z Mielna oraz politykami z Wiejskiej. Sami wspinacze, chcąc profesjonalnie podejść do sprawy, czuli się w obowiązku tłumaczyć społeczeństwu, o co chodzi z zimą na siedmiu czy ośmiu tysiącach metrów. Base camp, choć oddalony od Polski o kilka tysięcy kilometrów, stanął tym samym w naszych domach. Kierownik wyprawy połączeniami satelitarnymi budził nas do szkoły i pracy, meldując o tym, co się u nich dzieje. Pozostali uczestnicy chętnie dzielili się swoimi zdjęciami na Facebooku i każdy z nas, siedząc w ciepełku za biurkiem, wiedział, co, kto i kiedy zjadł w mesie na obiad. W pewnym momencie miałem wrażenie, że numery telefonów satelitarnych do bazy mają już w swoich komórkach wszyscy Polacy. I żeby nie było, zgadzam się z opinią, że skoro jest Narodowa Wyprawa na K2, mamy prawo wiedzieć, co się dzieje wysoko w górach. Ale wszystko ma swoje granice.
Kiedy na przykład dochodzi do tragicznej w skutkach katastrofy budowlanej, w mediach wypowiadają się tylko i wyłącznie rzecznicy prasowi. Nie ma mowy, żeby głos zabierali zwykli uczestnicy akcji ratowniczej, o dowódcach już nie wspominając. Tymczasem spod K2 odzywali się wszyscy. Takim symbolem internetowego otwarcia stał się Denis Urubko, który atakował partnerów na zagranicznych portalach, a ci – choćby w osobie kierownika – musieli odpowiadać na stawiane zarzuty. O skali tego medialnego szaleństwa świadczy też moment, gdy Rafałowi Froni puściły nerwy podczas telewizyjnego wejścia na żywo.
Jako człowiek mediów rozumiem ten wyścig po informację. Ale naprawdę wolałbym jedynie słuchać wypowiedzi rzecznika wyprawy i czytać lakoniczne komunikaty o postępach w akcji górskiej, bo we wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek. Tego mi w medialnym szumie pod K2 wyraźnie zabrakło.
 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też