Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Monte Rosa

Dom wschodzącego słońca

NPM 12/2010
Numer wyprzedany
Autor:
Michał Walusza
Serak u podnóża Parrotspitze. Ścieżka wytyczona rano przez setki turystów, po południu przestaje być bezpieczna (fot. Michał Walusza)
Masyw Monte Rosa to idealne miejsce dla kolekcjonerów alpejskich czterotysięczników. W ciągu kilku dni można się tu wspiąć nawet na 12 szczytów przekraczających magiczną granicę czterech tysięcy metrów. Dlaczego więc nie połączyć tego w trawers w ramach jednej wyprawy?

Takie właśnie pytanie zrodziło się w naszych głowach, kiedy planowaliśmy tegoroczny powrót w Alpy. Po doświadczeniach zdobytych na drodze normalnej na Mont Blanc w 2007 roku, tym razem chcieliśmy czegoś więcej. Postanowiliśmy rozszerzyć plan eskapady o trawersy innych masywów – dzięki temu w planie wyprawy obok Monte Rosy pojawiły się trawersy Mont Blanc czy Piz Palü oraz kilka niezależnych wybitnych szczytów. Tak powstał zalążek Alpejskiego Trawersu 2010.

Złe dobrego początki
W składzie wyprawy znalazła się poza mną trójka weteranów z poprzednich wyjazdów – Adam Bul, Michał Kopyczok (Chev) i Michał Mazur (Frytek), jak i dwóch alpejskich debiutantów: Wojtek Mazur (Fred) i Adam Szklorz. Wiedzieliśmy, że aby szarpnąć się na trawers drugiego co do wysokości masywu w Alpach, potrzeba dobrej aklimatyzacji. Dlatego na rozgrzewkę stoczyliśmy potyczkę z najwyższym szczytem Austrii – Grossglocknerem (3798 m n.p.m.). Pogoda nie była dla nas łaskawa. Już pierwszego dnia na via ferracie prowadzącej do schroniska Adlersruhe złapała nas nagła burza. Z pominięciem wszelkiej asekuracji musieliśmy ratować skórę i biec po dwójkowych trudnościach między uderzającymi piorunami. Skończyło się na szczęście na paru siniakach i chwilowej utracie przytomności przez Adama B., po jednym z wyładowań, które trafiło blisko nas. Zła pogoda, niestety, nie chciała nas opuścić. Na szczyt wchodziliśmy dwa dni później przy pięciometrowej widoczności. Ostatecznie sztuka ta udała się Michałowi K. i Adamowi Sz., reszta musiała się zadowolić Kleinglocknerem (3770 m n.p.m.), gdyż znowu zaczynało grzmieć.
Przed Monte Rosą mieliśmy jeszcze w planie trawers masywu Palü i Bernina w Szwajcarii. Niestety, znowu prognozy nie były korzystne – półtora dnia słońca i załamanie. W związku z tym czwórka z nas postanowiła zaliczyć jednodniowy wypad na główny wierzchołek Piz Palü (3905 m n.p.m.). Zgodnie stwierdziliśmy, że jest to najpiękniejszy z dotychczas zdobytych przez nas szczytów. Michał z Adamem zdecydowali się zaryzykować, dokonując pełnego trawersu Piz Palü, tak by następnego dnia spróbować zaatakować Berninę (4049 m n.p.m.). Sztuka ta ostatecznie im się powiodła, mimo że schodząc z Piz Palü, musieli pociąć linę, która „nie zeszła” podczas zjazdu, i z tą przykrótką liną uciekali później przez lodowiec Pers przed goniącą ich nie po raz pierwszy burzą.

Jesteście z Polski?
Po tygodniu przygód w Austrii i Szwajcarii dotarliśmy wreszcie do Włoch, gdzie miała się zacząć nasza przygoda z Monte Rosą. Wybraliśmy wariant startu
z doliny Gressoney, gdyż łatwiej dostać się tam z magistrali prowadzącej do tunelu Mont Blanc. Po krótkim odpoczynku na godnym polecenia kempingu w Gressoney ruszamy do Staffal. Tam zostawiamy auta i kolejką przedostajemy się na Punta Indren (3260 m n.p.m.). Widząc pod sobą księżycowy krajobraz szlaków przeoranych ratrakami, nie żałujemy wydanych pieniędzy. Z górnej stacji kolejki nie ma jeszcze pięknych widoków. Nie przeszkadza to japońskim turystom, którzy przeważnie po krótkiej sesji zdjęciowej z balkonu stacji zjeżdżają od razu na dół. My ruszamy w stronę schroniska Gnifetti (3647 m n.p.m.) – naszej pierwszej bazy. Gdy mijamy po drodze schronisko Mantova (3535 m n.p.m.), pochłania nas gęsta chmura. Widoczność drastycznie spada, jednak intuicyjnie docieramy prostym polem śnieżnym pod skały Gnifetti. Na koniec jeszcze krótka ferrata i wkraczamy do bazy. W przejściu mija nas ładna dziewczyna.
– No proszę, nawet laski tu mają – Frytek nie może się powstrzymać od głośnego komentarza.
Nie mijają dwie minuty, gdy dziewczyna wraca, uśmiechając się w naszym kierunku, po czym mówi:
– Cześć, jesteście z Polski?
Miny nam rzedną, bo okazuje się, że Nerinka jest co prawda Włoszką, ale polskiego pochodzenia, i od miesiąca pracuje właśnie w Gnifetti. Na szczęście, mimo wpadki na starcie, do końca mamy zapewnioną przemiłą obsługę. I to po polsku!


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też