Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Zimowa Korona Gór Polski

Diablak i Rysy były mocniejsze

NPM 4/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Krzysztof Kasprzak
Szczeliniec Wielki (919 m n.p.m.). Schody wiodące na górę są bardzo oblodzone i zdecydowanie nieprzygotowane na zimowych turystów (FOT. Krzysztof i Dariusz Kasprzak)
Do przejechania ponad 2500 km, do przejścia około 200 km, deniwelacji 1,35 wysokości Everestu (prawie 12 000 m) i my, dwaj bracia z miasta, z którego w wysokie góry jest ponad 500 km. Do tego wszystkiego tylko 14 krótkich dni. I świadomość, że nikt dotąd tego nie próbował w jednym zimowym podejściu. Czy można wymyślić bardziej zwariowaną dwutygodniową wyprawę?

Kiedy zaczęło się to szaleństwo? Pomysł narodził się prawie trzy lata temu po spotkaniu z Kamilem – członkiem letniej wyprawy, który wspólnie ze swoim zespołem ustanowił rekord, zdobywając Koronę Gór Polski w 11 dni, 12 godzin i 25 minut. Pamiętam, że długo rozmawialiśmy na temat ewentualnej próby zimowej. Ale na tych rozmowach się skończyło. To znaczy skończyło się, ale nie dla mnie. Do pomysłu dojrzałem bowiem we wrześniu 2008 roku. Zaraziłem nim Krzysztofa Halickiego, który jednak, ze względu na stan zdrowia, wycofał się z wyprawy w ostatniej chwili. Tak oto mój brat Dariusz z drugiego kierowcy (Krzysztof H. nie ma prawa jazdy) stał się członkiem Husky Teamu.

To nie jest spacer po Krupówkach
Plan niby był prosty. Korona Gór Polski (28 szczytów) w stosunkowo krótkim czasie. Zakładałem termin 14-dniowy, czyli średnio dwa szczyty dziennie. To raczej niedużo, ale to nie miał być weekendowy wypad w idealnej pogodzie na lekką, zimową górską wycieczkę. Od początku zdawałem sobie sprawę z konsekwencji dwutygodniowej wędrówki. Byliśmy uzależnieni przede wszystkim od pogody i wydolności naszych organizmów, oraz, o czym przekonaliśmy się na trasie, od stanu polskich dróg. A raczej od braku tego stanu.
17 stycznia, dzień pierwszy. Zgodnie z planem kilka minut po północy ruszamy na Łysicę (612 m n.p.m.), najniższy szczyt z listy Korony, zdobywając ją w ciągu 30 minut. Jest ciemno i cicho. Po krótkiej sesji zdjęciowej na szczycie i zejściu do samochodu około 1.30 ruszamy w Bieszczady. Tego samego dnia o 9.30 po 2,5-godzinnym podejściu meldujemy się na Tarnicy (1346 m n.p.m.). Pogoda zmienną jest, więc nie obywa się bez świeżego śniegu,  w którym zapadamy się po kolana, jak i zmarzniętej skorupy w miejscach nieosłoniętych od wiatru. Temperatura odczuwalna to około -10, -12 stopni przy delikatnym wietrze. Od godziny 14 jesteśmy już na trasie do Lackowej. Wieczorem dojeżdżamy do miejsca naszego pierwszego noclegu.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też