Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Beskid Żywiecki

Dewiacja narciarza

NPM 3/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Dbiec
– Idziesz kawałek tym grzbietem, a później jazda aż do dna tego jaru – tłumaczy Kuba, ekspert od leśnych zjazdów w Dolinie Sopotni (fot. Tomasz Dębiec)
Tak, chyba nadszedł w końcu ten czas, żeby zrealizować knuty od zeszłego sezonu plan. Choć plan to może za dużo powiedziane, bardziej ochota na zrobienie kilku fajnych zjazdów w Dolinie Sopotni. Kuba opowiadał nam legendy o panujących tam warunkach do pozatrasowej jazdy na nartach i snowboardzie. – Na samej górze są polany, niżej las, ale dość rzadki i niemal zawsze dobrze dośnieżony. Do tego nachylenie, trafiają się ścianki, a na dole przyjemna kwaterka – wyliczał zalety.

Decyzja o wyjeździe podjęta. Niestety, jak to najczęściej bywa, im bliżej tego ważnego wydarzenia, tym ekipa staje się mniejsza. Tłumaczenia są różne: delegacja służbowa, praca, szkoła, brak czasu… Długo by wymieniać, ale wymówki są zawsze takie same. Jednak mimo że skład ekipy został poważnie przetrzebiony, nie odwołujemy wycieczki.

Samochód w Żywcu odmawia współpracy
Monikę zgarniam do samochodu z dworca PKP w Trzebini. Jedziemy razem po Kubę do Pszczyny i już można obrać kierunek na góry. Pogoda jest doskonała. Dokładnie taka, jaką zapowiadali synoptycy.
– Błękitne niebo, piękne słońce, delikatny mróz – informowali uśmiechnięci prezenterzy. Tym razem się nie pomylili. Po prostu sielanka.
Mój doskonały humor pryska w jednej sekundzie. Zatrzymujemy się w Żywcu, żeby zatankować. Kiedy chcę ruszyć, silnik milczy jak zaklęty. Rozrusznik ani drgnął. Na usta cisną się przekleństwa.
– Dlaczego akurat teraz, i to w taką pogodę... – to jedyne narzekania, jakie nadają się do druku.
Wygrzebuję z bagażnika linkę i szukam wzrokiem dobrych ludzi, którzy zechcieliby nas podciągnąć na tyle, żeby samochód odpalił po wrzuceniu biegu.
– W tamtym wypasionym mercedesie na warszawskich blachach są jacyś narciarze i snowboardziści. Może pomogą? W końcu łączy nas jedna pasja – dobrze kombinuje Monia.
Uderzam na pewniaka, wyłuszczam sprawę.
– W sumie to nie wiem, wolałbym nie – wykręca się modnie ubrany kierowca.
Zostawiam to bez komentarza. Na szczęście pomoc deklaruje pani w terenówce, tylko że nie ma za co się wpiąć.
– Ale musi tu gdzieś być, w dowodzie rejestracyjnym jest – przekonuje nasza niedoszła dobrodziejka, lustrując tył samochodu w poszukiwaniu haka holowniczego.
Szkoda, że się nie udało, ale już sama chęć pomocy jest budująca w takiej sytuacji. W końcu udaje nam się znaleźć dobrego człowieka z mocnym samochodem i z hakiem holowniczym. Po chwili nasz silnik miło mruczy.
Dojeżdżamy do końca wsi Sopotnia Wielka i tam zostawiamy auto nosem skierowanym do dołu tak, że do ruszenia z miejsca i nabrania całkiem niezłej prędkości nie będzie potrzebny silnik.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.