Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Okiem Bazyla |

Demony budzą się przed wyjazdem

NPM 7/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Andrzej Bazylczuk
(fot. Grzegorz Stodolny)
Stwierdzenie, że lubię jeździć w góry, to w moim przypadku określenie niezbyt precyzyjne. Otóż uwielbiam być w górach, ale cały proces do tego prowadzący to dla mnie mordęga. Postanowiłem więc zmierzyć się ze swoimi demonami i się z nimi rozprawić.

Pakowanie – setki razy pakowałem się jadąc w góry, ale proces ten wciąż jest dla mnie piekielnie stresujący. Za każdym razem staram się zabierać mniej więcej te same rzeczy, wsadzając je do tego samego plecaka, a i tak raz okazuje się, że zostaje mi tyle miejsca, że mógłbym schować jeszcze czołg, a kiedy indziej dostępna przestrzeń kończy się niespodziewanie, gdy do włożenia została jeszcze sterta niezbędnych rzeczy. Brzmi dziwnie, ale ta dziwna prawidłowość towarzyszy mi od lat.
Jeszcze gorsza kwestia związana z pakowaniem to paniczny strach, że czegoś zapomnę. Nie jest on nieuzasadniony, gdybym dostawał złotówkę za każdy raz, kiedy nie wziąłem klapków, pasty do zębów, kubka lub ręcznika, miałbym całkiem solidne oszczędności. Raz nawet udało mi się zapomnieć kijków trekkingowych, co moje kolana wypominają mi do dzisiaj. Oczywiście nie jest tak, że w moim plecaku zawsze czegoś brakuje, gdyż nauczony błędami staram się robić listę rzeczy i sprawdzać wszystko dwa razy. To jednak mnie nie uspokaja i stres mija dopiero, gdy już na miejscu okazuje się, że udało mi się o niczym nie zapomnieć. Tyle, że wtedy zaczynam się denerwować, iż zostawię coś w schronisku.
Ustalanie trasy – póki co nie ma możliwości teleportowania, więc w góry trzeba jakoś dotrzeć. Mieszkańcy Śląska czy Małopolski nie mają z tym większego problemu, ale mnie los rzucił zdecydowanie bardziej na północ kraju. Podróż w Tatry czy Bieszczady jest więc sporym przedsięwzięciem. Oczywiście, ludzie organizują wyjazdy w Himalaje czy do Patagonii, więc nawet z wypadu na połoniny nie będę robić czegoś, co wymaga nadludzkich mocy. Niemniej, decydując się na komunikację zbiorową, trzeba trzymać kciuki, żeby żaden z elementów łańcuszka przesiadek się nie zerwał, bo może się okazać, że utkniemy na długie godziny pośrodku niczego. Ba, może się zdarzyć, że to właśnie komunikacja jest kluczowa dla wyboru szlaków. W końcu czasem odkrywamy, że do miejscowości, w której zaczyna się nasz wymarzony szlak, danego dnia nie dotrze żaden autobus.
Większy komfort i niezależność zapewnia jazda samochodem. Oczywiście, o ile nie ma się talentu do wybierania trasy, gdzie akurat była jakaś stłuczka lub prowadzone są nieplanowane roboty drogowe. Jak się pewnie domyślacie, ja taki talent mam.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też