Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Rafał Fronia

Czuję się jak lodowy Pinokio

NPM 8/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Paulina Wierzbicka
(fot. archiwum Rafała Froni)
– Jest jakaś skrzydlata siła, która nade mną czuwa. Wypadków miałem sporo. W Kuluarze Japońskim na Gaszerbrumie chwyciłem się starej poręczówki. Odpadłem od ściany, ale los chciał, że wpadłem w szczelinę, gdzie zaklinowałem się kaskiem! To cud! Mój partner nie mógł uwierzyć w to, co się stało – mówi himalaista Rafał Fronia, autor książki „Anatomia Góry”.

Z Rafałem Fronią rozmawiam telefonicznie. Zarówno u mnie w Górach Stołowych, jak u niego w Karkonoszach deszcz dudni o parapety. Jesteśmy po porannej kawie, z tym, że dzień u Rafała zaczyna się bardzo wcześnie, bo już o piątej. O godzinie 10 jest po kilku spotkaniach, kilkunastu e-mailach i w ferworze pracy znajduje czas na rozmowę.

Kiedy czyta się książkę „Anatomia Góry”, rzuca się w oczy Twoja szczególna więź z górami. Pisząc o nich, używasz zawsze wielkiej litery. Skąd te wszystkie „Góry, Góry Górami”?
Mam do nich wielki szacunek. Dlatego zawsze używam dużej litery, nawet gdy piszę o górach małych. Dla mnie góry są czymś bardzo ważnym, stąd moja ich personalizacja. Za każdym razem, gdy w nich jestem, to z nimi rozmawiam. To one wyzwalają we mnie tę nieopanowaną chęć rozmów i uzewnętrznienia się, a także poczucia autentyczności. „Anatomia Góry” to pamiętnik, taki swoisty zapis tych rozmów.

Mieszkasz u stóp Karkonoszy. Czy w takim razie góry towarzyszą Ci od dziecka?
Jestem jeleniogórzaninem, więc od kiedy pamiętam, góry są ze mną – od zawsze i mam nadzieję, że na zawsze. Dlatego w domu wybudowanym na wzgórzu, którym targają wiatry, tak naprawdę czuję, że jestem u siebie. To tu mam przestrzeń, którą tak bardzo kocham. I choć te góry nie są wysokie, wchodząc na ich szczyty, mam rozległą jak nigdzie indziej panoramę – aż po Pragę na południu, w oddali na masyw Gór Stołowych, Ślężę. Idealna panorama 360 stopni.
A jeśli masz na myśli moją działalność w górach, fascynacja ta nie jest aż tak długa, jakby się mogło zdawać. Owszem, w szkole zacząłem się wspinać, natomiast wypadek spowodował, że ze sportem tym dałem sobie spokój. Złamana kość ogonowa dawała się we znaki przez kilka miesięcy. Później zacząłem wyczynowo biegać. Góry traktowałem jako ucieczkę i tak wróciłem w nie na dobre w 1996 roku. Dziś traktuję je jak sanatorium dla duszy, doznaję tam prawdziwego uzdrowienia. Ostatecznie spędzam w nich więcej czasu niż w domu. Są dla mnie bardzo ważne.

Mam podwójną osobowość
Książka powstała na bazie licznych notatek z wypraw, między innymi tej ostatniej – z zimowego K2. Po barwnych opisach można by stwierdzić, że na co dzień jesteś gadatliwym ekstrawertykiem z ogromną potrzebą dzielenia się słowem z innymi. Czy naprawdę tak jest?
Zaryzykowałbym określenie, iż mam podwójną osobowość. Tu na dole często jestem postrzegany jako osoba z trudnym charakterem. Ale tam na górze wyzwalają się we mnie zupełnie inne emocje, a w górach wysokich staję się romantykiem. Ale ogólnie jestem zwierzęciem stadnym i lubię dużo mówić. Często jest tak, że od paplaniny uciekam w pisanie. Tłumaczę to tym, że w wielu miejscach oraz w różnych stanach emocjonalnych, takich jak zachwyt czy obawa, jestem samotny. Naturalne jest, że chcę się wówczas podzielić tymi emocjami z innymi. Ale bliskich nie ma przy mnie – są setki, tysiące kilometrów dalej. Wówczas piszę, a pamiętnik przyjmuje wszystko. Moje myśli płynnie przechodzą jedna w drugą. To jest tak, jak z widokami mijanymi za oknem pociągu. Można się w nie wpatrywać, a każdy szczegół przynosi coś na myśl. Jest ich tak wiele, że w końcu nie pamiętamy, o czym myśleliśmy 15 minut temu. By pewne ulotne chwile i doznania mi nie uciekały, notuję je. Tak mam… Niektórzy robią setki zdjęć i zachowują momenty w postaci obrazów. Ja zaklinam je w słowa.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też