Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Masyw Śnieżnika

Czapa na Czarnej Górze

NPM 10/2010
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Dębiec
Na południe od szczytu Czarnej Góry (1205 m n.p.m.) znajduje się wylesiony fragment grzbietu. To właśnie z niego roztacza się najciekawszy widok na trasie całej wycieczki (fot. Tomasz Dębiec)
Kotlinę Kłodzką odkryłem dla siebie całkiem niedawno i bez przesady mogę powiedzieć, że się nią zachwyciłem. Zawsze zerkałem chętniej w kierunku gór, które leżą na wschodzie Polski. Zachód wydawał mi zbyt cywilizowany, by znaleźć dziki klimat i spokój, jakiego szukam w górach.

Jako że stacjonuję w Siennej, małej miejscowości, z której rusza wyciąg krzesełkowy na Czarną Górę (1205 m n.p.m.), mam mały dylemat. Oszukać grawitację, wykorzystując ów wynalazek, i ulżyć sobie tym samym na podejściu, czy pozostać wiernym tradycyjnym metodom przemieszczania się po górach. Ostatecznie wybieram spacer, gdyż trasa, jaką na dzisiaj zaplanowałem, nawet nie używając kolejki, w żaden sposób nie będzie forsowna. Nie zawracając sobie już więcej głowy wyciągiem, udaję się samochodem na przełęcz Puchaczówka. Znajduję tam mały plac, gdzie można zaparkować. Już w tym miejscu mam mały przedsmak widoków, jakie czekają na wędrowca w wyższych partiach gór. Dla mnie jest on jednak naprawdę mały, bo chmury na razie zawieszone są dość nisko. Wyraźnie jednak idzie ku lepszemu. Słońce przebija się coraz raźniej i jestem jak najbardziej dobrej myśli, zwłaszcza że wcześniej dokładnie sprawdziłem prognozę pogody.

Na Puchaczówce owce są grzeczne
Na przełęczy Puchaczówka stoi kapliczka w owalnym kształcie, której powstanie datuje się na 1781 rok. W średniowieczu działo się tu jednak znacznie więcej. Podobno funkcjonował tu tzw. posterunek sygnalizacyjny, a później posterunek pogonny. Ten drugi, jak sama nazwa wskazuje, służył utrzymywaniu ludzi i koni gotowych do pogoni za zbiegami i przestępcami. Taki stan rzeczy tłumaczyłby dawną nazwę – Przełęcz Pogonna.
Po przejściu kilkuset metrów napotykam wielkie stado owiec, których dogląda kilkunastoletni chłopak. Przez ramię ma zawieszoną białą parasolkę, którą nosi jak partyzant karabin.
– Ile masz owiec w stadzie? – pytam zaciekawiony.
– Z młodymi będzie z pięćset – słyszę w odpowiedzi. – Ale pasą się dziś bardzo grzecznie – dodaje młody pasterz.
Postanawiam nie wspinać się od razu na Czarną Górę, ale nieśpiesznie kieruję się na tak zwaną Drogę Albrechta. Szlak biegnący tym wygodnym i szerokim duktem spokojnie można określić jako spacerowy.
– Jeśli nie byłoby tak mokro, zaryzykowałbym tu nawet wycieczkę z wózkiem dziecięcym – myślę, drepcząc po całkiem równej nawierzchni.
Parę minut później widzę przykład nieco innego radzenia sobie z transportem małego dziecka na szlaku. Doganiam młodych ludzi, którzy swoją pociechę niosą w specjalnej chuście. Jako ojciec ośmiomiesięcznego syna nie mogę się powstrzymać od zadania im szeregu pytań na temat dziecięcej turystyki. Okazuje się, że maluch niesiony przez mamę, od kiedy skończył pół roku, uprawia łażenie po górach. Teraz, kiedy jest o dwa lata starszy, część trasy może już pokonać o własnych siłach. Żegnając się z sympatyczną rodzinką, postanawiam, że następnym razem pójdę w ich ślady.
– Przecież mam nawet taką specjalną chustę, której wiązania uczyłem się chyba tydzień. Muszę to wykorzystać do rodzinnych górskich spacerów – znajduję kolejne argumenty na słuszność tego postanowienia.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też