Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Tatry | Kasprowy Wierch

To coś więcej niż dutki

NPM 9/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Autor:
Dorota Rakowicz
(fot. Dorota Rakowicz )
Widzisz kolejki do kolejki, komercję, herbatę za kilkanaście złotych w kiepskiej restauracji oraz kobiety w zbyt krótkich spódniczkach i szpilkach. Ale ja widzę siebie – nieśmiało uśmiechającą się pięciolatkę z grzywką i w sztruksowych spodniach albo ruszającą odważnie w stronę Orlej Perci nastolatkę. A dziś szczęśliwą osobę, bo wyrwałam się w Tatry bez urlopu tylko na kilkanaście godzin. A Ty? Co widzisz, patrząc na Kasprowy Wierch?

Giewont, Rysy, Gubałówka. To podobno trzy najpopularniejsze szczyty, które zdobyć można z naszej tatrzańskiej stolicy, czyli Zakopanego. Można się nimi pochwalić, bo prezentują się świetnie w mediach społecznościowych, a w opowieściach wśród znajomych jeszcze lepiej. Na pewno można na nie narzekać, ale przecież da się je też pokochać. W końcu wszystkie są nieodłącznym elementem Tatr i Zakopanego, a widoki z każdego z nich są jedyne i niepowtarzalne. Jednak wśród gwiazd najwyższych polskich gór jedna jest dla mnie szczególna, choć to właśnie ona pojawia się najczęściej w mediach jako przykład tego, co w górach złe – tłumów, braku odpowiedzialności, komercjalizacji.
Trudno mi się z tym pogodzić, bo kiedy ja docieram w Tatry po kilku godzinach podróży, zawsze na horyzoncie jako pierwszego szukam Kasprowego Wierchu (1987 m n.p.m.). W dzień chowającego się nieśmiało za Śpiącym Rycerzem, natomiast w nocy dającego poczucie bezpieczeństwa, bo zawsze rozświetlonego za sprawą kolejki i stacji meteorologicznej. To właśnie w tym jednym migającym nocą punkcie zawierają się moje najpiękniejsze tatrzańskie wspomnienia, największe wyzwania, lęki i sukcesy. Ten szczyt jest ze mną od ponad 25 lat. Dlatego z pełnym przekonaniem twierdzę, że Kasprowy to naprawdę coś więcej niż klikający się nagłówek z mediów szukających taniej sensacji.

Wspomnienia są bardzo ważne
Pamiętacie swoje pierwsze pobyty w Tatrach? To, co czuło się wtedy, kiedy wszystko było nowe, potężne, zaskakujące? Ja po raz pierwszy do Zakopanego pojechałam, mając cztery lata. Do dziś zastanawiam się, jak wiele odwagi i determinacji mieli moi rodzice, że zabrali mnie i dwójkę starszego rodzeństwa – Ulkę i Michała, w Tatry. Mieliśmy z naszego rodzinnego domu do Zakopanego skromne 460 kilometrów, które w czasie pierwszych wyjazdów przemierzaliśmy albo pociągiem jadącym kilkanaście godzin i zatrzymującym się dosłownie i literalnie na każdej stacji po drodze, albo starą nyską w czasach, kiedy o fotelikach dla dzieci nawet nikt nie słyszał. Mieszkaliśmy w tak zwanej bacówce, przy ulicy Droga na Wierch. Po ponad 20 latach wciąż pamiętam, jak podchodziliśmy na nasz nocleg prawie na koniec ulicy, skąd rozciągała się panorama na Tatry Zachodnie. W tym na Kasprowy Wierch.
Kiedy dziś ktoś pyta mnie, czy cokolwiek pamiętam z tych pierwszych wyjazdów, bez namysłu odpowiadam, że tak. Zachowało się w moich wspomnieniach kilka takich obrazków. Fasolka po bretońsku nad Morskim Okiem po trasie przebytej pół na pół piechotą i u taty na barana. Potok w Dolinie Kościeliskiej, który wówczas był dla mnie ogromną rwącą rzeką. Wydawało mi się, że stojąc nad nim, znajduję się nad jakąś niewyobrażalną przepaścią. Mama podwijająca nogawki moich spodni (zanim skończyłam 7 lat, miałam fioła na punkcie czystych spodni). Pamiętam, jak z rodzeństwem chcieliśmy być zawsze sami, przed rodzicami i śpiewaliśmy piosenki na pustych prawie jeszcze wtedy szlakach. I w końcu pamiętam ją – kolejkę na Kasprowy Wierch. A wjeżdżałam nią po raz pierwszy w 1993 roku.

Ta inwestycja robi wrażenie
Kolej linowa na Kasprowy to wizytówka tego miejsca. Biorąc pod uwagę, że o turystyce w Tatrach możemy mówić tak naprawdę z uwzględnieniem około 120 lat, trudno uwierzyć, że budowę kolejki rozpoczęto jeszcze przed drugą wojną światową. W 1935 roku zainicjował jej budowę ówczesny prezes Polskiego Związku Narciarstwa i wiceminister transportu Aleksander Bobkowski. Argumentował ją rozwojem tatrzańskiej turystyki, przede wszystkim zimowej.
Prace rozpoczęto 1 sierpnia, a brało w nich udział prawie tysiąc osób. Werbowano górali przede wszystkim z Podhala i Sądecczyzny. Można dziś znaleźć zdjęcia, na których widać mężczyzn ubranych w tradycyjne góralskie stroje, wnoszących poszczególne elementy kolejki na górę. Oczywiście już wtedy, jeszcze przed rozpoczęciem budowy, protestowano w obronie przyrody i do dziś można mieć wątpliwości co do oddziaływania kolejki na tatrzańską florę i faunę. Ale oddać trzeba, że również dzisiaj sam przebieg inwestycji robi wrażenie. Tym bardziej, że była to pierwsza tego typu kolejka budowana w Polsce i zaledwie 60. na świecie. A całą inwestycję ukończono w rekordowe siedem miesięcy!

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też