Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Pasmo Baraniej Góry

Cicho wszędzie, słońce wszędzie

NPM 11/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
(fot. Michał Parwa)
„Trzech chłopa” po 30-stce stoi na poboczu w obcisłych getrach. Trzymają karton z napisem „Salmopol” i łudzą się, że litość względem autostopowiczów nie zna granic. Tak się zaczyna męska przygoda w paśmie Baraniej Góry. Wiemy, gdzie zaczniemy. Nie wiemy, gdzie skończymy. I co najgorsze, nasze żony się na to zgodziły.

Zadanie wydaje się proste. Chcemy dojechać z Wisły Nowej Osady na Przełęcz Salmopolską (934 m n.p.m.), żeby stamtąd wyjść na szlak i szeroko pojętym otoczeniem Baraniej Góry (1220 m) wrócić do zaparkowanego samochodu. Niby łatwizna. Lecz gdy patrzymy na niedzielny rozkład jazdy, okazuje się, że do wyboru mamy tylko dwa kursy. Jeden za godzinę z górką, drugi zupełnie po południu.
– Prędzej trafię w totka, niż tu pojedzie jakiś bus – krzyczy mi Arni nad uchem i zaczyna mazać pisakiem po kartonie. Jest z nami jeszcze Bartek, bo w tych stronach podobno do tanga trzeba trojga.
Tym sposobem pakujemy się w groteskowy kadr rodem z amerykańskich komedii, gdy zbłąkani faceci w legginsach czekają na okazję. A ta zatrzymuje się już po kilku minutach. Mamy transport, zyskujemy na czasie, więc możemy sobie pozwolić na planowanie dłuższej trasy. No i ten listopad. Zupełnie zwariował. Kolejny rok z rzędu, pierwszy weekend rzekomo najbrzydszego miesiąca w roku jest tak ciepły i słoneczny, że w Beskidy wypuszczamy się w krótkich spodenkach.

Takich dwóch, jak nas trzech, to nie ma ani jednego
Wczesny poranek na siodle potocznie zwanym Białym Krzyżem przypomina parking marketu w niedzielę wolną od handlu. O tej porze roku próżno tu szukać narciarzy, ale żeby żywego ducha nie było? Jest przecież gazdówka, zajazd, jakieś noclegi i przystanek. Trochę nas to dziwi, zwłaszcza, że stoimy na najwyższej dostępnej komunikacyjnie przełęczy w Beskidzie Śląskim. Zaś po Przełęczy Krowiarki (1010 m n.p.m.) u stóp Babiej Góry – drugiej w całych polskich Beskidach. Tym bardziej warto tu ustrzelić sobie pamiątkową fotkę i w spokoju pojeździć palcem po wielkiej, przydrożnej mapie. W kwestii trasy jesteśmy z kolegami zgodni. Na pierwszy ogień pójdzie Malinów (1114 m n.p.m.), a potem zobaczymy, co widać między drzewami. Szczególnie, że to ledwie pół godziny podejścia. Takie są zalety korzystania z autostopu i zdobywania wysokości autem.
Biegniemy truchcikiem, jednostajnie, szukając prześwitów. Tak mija pierwszy kilometr przecinania poziomic, aż po lekkie wypłaszczenie. Zresztą cały dzień zaplanowaliśmy sobie jako bardzo luźną wycieczkę biegową. Czyli tam, gdzie się da, biegniemy. A tam, gdzie warto – odpoczywamy. I na tę drugą okazję nie trzeba długo czekać. Pod wspomnianym Malinowem, z oddali uśmiecha się do nas Skrzyczne (1257 m n.p.m.) – najwyższy szczyt pasma. Dosłownie rozorany przez trasy narciarskie. Ale kto by się tym przejmował, skoro piękne lato mamy tej jesieni. Temperatura dobija do 15 stopni Celsjusza, słońce grzeje aż miło, a my analizujemy tabliczki szlakowe przy szerokiej drodze.
Metoda małych kroków, a w zasadzie celów, kieruje naszą trójkę muszkieterów w stronę Malinowskiej Skały (1152 m n.p.m.). Według podanych czasów, została jeszcze godzina. Ale realnie spróbujemy urwać z tego połowę. Zwłaszcza, że poza setkami luźnych kamieni pod stopami, trasa jest niczym wygodna autostrada, bez żadnych trudności technicznych.


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też