Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Tatry | Koprowy Wierch

Chodźmy się styrać!

NPM 11/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Dorota Rakowicz
()
Leniwie pniemy się z Koprowej Przełęczy w kierunku szczytu. Odchodzę na chwilę, by spojrzeć w kierunku Doliny Hlińskiej. I wtedy widzę TO.  – Chodź szybko – krzyczę do siostry, która już siada i spogląda w stronę Mięguszy, Rysów i Wysokiej. W końcu wstaje i zbliża się do mnie, obserwuję ją uważnie. Nie chcę stracić chwili, w której na jej twarzy pojawi się zaskoczenie i zachwyt. Obok nas przechodzą ludzie patrząc pod nogi, a tuż za zakrętem ukrywają się Tatry Zachodnie. Jak na dłoni.

Wszystkie znaki na niebie, ziemi i w profilach synoptycznych wskazują, że będzie to ostatni taki weekend w tym roku. Ciepło, sucho, słonecznie, bez obaw o oblodzenia powyżej 2000 metrów i burze, za to z doskonałą widocznością. Tak stabilna i ładna pogoda na dwa dni i to jeszcze weekend, zdarza się w Tatrach naprawdę rzadko. Podejmujemy więc z moją siostrą Ulką jedyną słuszną decyzję i w piątek rano ruszamy do pracy z zapakowanymi plecakami i trekami w aucie. Po dłużących się kilku godzinach, o 16 wyruszamy z Poznania jeszcze w biurowych, umownych białych koszulach i stojąc w tradycyjnych korkach na A4, próbujemy ustalić plan działania na sobotę.
Rozważamy naprawdę różne scenariusze Krywań, Lodową Przełęcz, Polski Grzebień, a nawet Rysy. Jedno wiemy na pewno: ruszamy w słowackie Tatry, bo tam ciszej, spokojniej i jeszcze wiele nieznanych nam szlaków. No i chcemy się przetyrać. Czy Wy też znacie to uczucie, kiedy po ciężkich tygodniach pracy potrzebujecie takiego resetu? Kilku lub kilkunastu godzin rzeźni, które spowodują, że na jeden dzień znajdziecie się głową w innym miejscu? My jesteśmy w tym stanie, a przetyranie się – biorąc pod uwagę atak zza biurka po połowie nocy spędzonej w korkach – trudne nie będzie.
Mając to na uwadze, rzucam do Ulki: – A może Koprowy?
Szczytu nie znamy. Wiemy tylko gdzie jest, i że ładnie się prezentuje z Przełęczy pod Chłopkiem czy Wrót Chałubińskiego. Wiem też, że po drodze czeka nas atrakcja w postaci największego u naszych południowych sąsiadów stawu tatrzańskiego i piękne widoki. Do tego wycieczka określana jest jako łatwa i średnio długa, co w skali słowackiej oznacza mniej więcej „całodzienna, ale nie będzie konieczności walki o życie”. Kiedy dorzucam do tego, że podobno widoki stamtąd obłędne, Ulka mówi: – No to mamy decyzję.

Co poradzę, mam słabość do nielubianych miejsc
Poranek nie jest łatwy, ale zwlekam się siłą woli, która przed pierwszą kawą ma u mnie moc sprawczą tylko w górach. Wiem jednak, że pogoda ma być dziś piękna, plan jest, a dzień już stosunkowo krótki, więc te cztery godziny snu muszą wystarczyć. I jeszcze to przeświadczenie, że jak tylko odsłonię zasłony i zobaczę Tatry Bielskie, które powinno być widać z naszych okien w Jurgowie, to już w ogóle zapomnę o łóżku nawołującym do powrotu. Idę więc pełna nadziei do okna, a tam... Chmury tak nisko, że nie widać nawet pagórków otaczających mieścinę, siąpi i są cztery stopnie na plusie.
– Co tu się dzieję – pytam z niedowierzaniem Ulkę, w trochę mniej cenzuralny sposób niż pozwalają na to strony górskiego magazynu. Ale jeszcze raz spoglądam na prognozę i ma być lepiej.


Zobacz podobne artykuły

Tatry Wysokie
Polska

Zobacz też