Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Bartosz Gałązka

Chodzę od domu do domu i słucham śpiewu

NPM 12/2012
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
Na Pogórzu Strzyżowskim. Widok na Bramę Frysztacką i (w oddali) Beskid Niski (fot. archiwum Bartosza Gałązki)
Z Bartoszem Gałązką, folklorystą i pasjonatem tradycji Podkarpacia, rozmawia Jakub Terakowski  

Dlaczego nazywają Ciebie współczesnym Kolbergiem Podkarpacia?
To mocno przesadzone i zbyt pochlebne określenie.

Ale mówią tak o Tobie.
Może dlatego, że nie jestem tylko badaczem, lecz równocześnie wędrowcem. Nie tylko nagrywam i zapisuję, ale także poszukuję. Droga jest początkiem tego procesu.

Jak to rozumieć?
Nie wsiadam w samochód pod domem, by pojechać wprost do upatrzonego rozmówcy, nagrać kilka melodii i czym prędzej wrócić. Przemierzam dziesiątki kilometrów, aby odnaleźć właściwych ludzi i wartościowe pieśni.

A co to za utwory, które tak szczególnie Ciebie interesują?
Dawne, religijne i obrzędowe pieśni Podkarpacia. Dawne, czyli te, które śpiewane były w XIX wieku, albo wcześniej. Sto, sto dwadzieścia lat temu dziadkowie moich obecnych informatorów byli młodzi, więc ciągłość pokoleniowa jest jeszcze zachowana. Natomiast religijne i obrzędowe, bo wśród innych praktycznie nie ma dawnych. Większość repertuaru dzisiejszych zespołów folklorystycznych to utwory nowe, dwudziestowieczne. Tradycja najlepiej przetrwała w pieśniach religijnych, gdyż pobożność i szacunek dla sacrum chroniły je przed wprowadzaniem istotnych zmian.

Na Podkarpaciu najwyraźniej?
Skupiłem się na tym rejonie, aby samemu sobie wyznaczyć ramy. Moja natura nie znosi ograniczeń, więc najchętniej wędrowałbym po całej Polsce, albo przynajmniej wzdłuż ściany wschodniej. A to – rzecz jasna – byłoby niemożliwe. Samo Podkarpacie jest krainą wystarczająco rozległą, aby pracy wystarczyło mi do końca życia. Chciałbym jak najdokładniej zbadać ten obszar i zachować pamięć o wszystkich śpiewakach, których uda mi się odnaleźć.

A dlaczego właśnie tutaj?
Bo stąd pochodzę, tu mieszkam, te góry kocham. Moja przygoda z pieśniami zaczęła się właśnie w górach, nota bene od motyli, które pasjonują mnie na równi z folklorem. Poszukując pewnego szczególnie interesującego gatunku, trafiłem do kościoła w Bałuciance. Wszedłem i oniemiałem... Usłyszałem śpiewających ludzi. Nikt tak dzisiaj nie śpiewa!

Jesteś pewny, że górale są bardziej uzdolnieni wokalnie niż na przykład Kaszubi?
Nie, ale na Kaszubach brakuje chyba tego naturalnego wzmacniacza, jakim jest echo, a ono aż prowokuje do śpiewu! Natomiast wszystkich Słowian łączy wrodzona muzykalność, nasi dziadkowie nie śpiewali ku uciesze mediów czy festiwalowego jury, lecz z potrzeby serca. Ogromną przykrość moim rozmówcom sprawiają zmiany cywilizacyjne powodujące, iż naturalna skłonność do śpiewu nie jest już akceptowana. Oni dzień rozpoczynali od godzinek, nucili wypasając krowy i wieczór kończyli pieśnią. Teraz ich wnuki ogłuszają się empetrójkami.

Nie interesowałeś się muzyką przed pamiętną wycieczką do Bałucianki?
Interesowałem. Pracę magisterską pisałem o tutejszych pieśniach religijnych, ale nie przypuszczałem, że ten temat wciągnie mnie aż tak bardzo.

Nikt przed Tobą się nim nie zajmował? Czy w śpiewnikach nie ma starych tekstów i melodii?
Śpiewników nie brakuje, lecz odnotowane są w nich tylko najpopularniejsze wersje, a każda społeczność lokalna ma lub miała swoje własne tradycje, obejmujące styl wykonawczy. Bywa, że nawet w sąsiednich parafiach można usłyszeć różne wersje melodyczne tego samego utworu.

Po co zbierasz stare pieśni?
Aby uchronić je przed zapomnieniem, bo zanikają w zastraszającym tempie lub ulegają deformacjom. Wiele zespołów ludowych nazbyt swobodnie traktuje lokalną spuściznę i w rezultacie na przykład na Roztoczu można usłyszeć przyśpiewki z Podhala. A moim celem jest, aby zachować regionalne odrębności w ich oryginalnym kontekście społecznym i geograficznym.

Jak w praktyce wygląda zbieranie materiałów?
Dzieli się na cztery etapy: poszukiwanie, nagrywanie, transkrypcja oraz weryfikacja. Bardzo często poszukuję w ciemno. Zazwyczaj najciekawsze są wyjazdy w miejsca przypadkowe i rozmowy z ludźmi, których akurat spotkam. Chodzę od domu do domu, pytam o kogoś, kto lubi śpiewać i może znać stare pieśni. Czasem trafiam na prawdziwe „perełki” – staruszki, które potrafią zanucić kilkaset melodii, a przy tym zupełnie nie mają świadomości, jak unikatowa jest ich umiejętność. Śpiewały ich prababcie, babcie i mamy, więc śpiewają i one. Po prostu.

Starowinki spontanicznie zaczynają nucić na Twój widok? Trudno mi w to uwierzyć...
Kluczem do sukcesu jest rozmowa, wyjaśnienie celu mojej pracy i zmniejszenie dystansu. Myślę, że ludzie wyczuwają, iż nie tworzę barier. Jestem stąd, z gór, szukam pieśni i potrzebuję pomocy. Od 14 lat wędruję po Podkarpaciu i na palcach mogę policzyć sytuacje, gdy odprawiono mnie z kwitkiem. A przecież mam już ponad tysiąc informatorów.

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też