Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Tatry

Chłopcy bez zapałek

NPM 2/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Grzegorz Grupiński
Niżnie Rysy i ich imponująca północno-zachodnia ściana. Z prawej wierzchołek Rysów z charakterystycznym ukośnym żlebem (FOT. DANIEL PRZEWOŹNY)
Biwakowanie w dwudziestostopniowym mrozie może być konkurencją samą w sobie. Jednak z wejścia na Niżnie Rysy najbardziej zapamiętaliśmy nie temperaturę, ale pewną zabawną i żałosną zarazem przygodę.

Idziemy na staw! Zaczęło się! – głośny okrzyk wyrywa mnie z marazmu. Wybiegam z naszego pokoju na pierwszym piętrze schroniska w Pięcistawach. Na korytarzu przeskakuję zwłoki tych, którzy zaliczyli falstart na sylwestrowej imprezie. Niech żałują.
Na stawie zebrał się już spory tłum. Płoną sztuczne ognie, strzelają petardy i race. Nad nami nieziemsko rozgwieżdżone niebo. Wokół doliny wirują i jarzą się bladym światłem ośnieżone szczyty – od Miedzianego przez Liptowskie Mury po stoki Koziego i Granatów. Jedni składają sobie życzenia, inni czekają, jeszcze inni piją już szampana, ale nikt nie jest pewien, czy już jest ta dwunasta, czy jeszcze nie. W końcu formuje się „kocioł”, gdzie zabawa jest najgłośniejsza. Odliczanie zaczyna się gdzieś od dwudziestu, ale idzie wyjątkowo opornie, bo nieźle podchmielone towarzystwo myli kierunki:
– Dziewięć, osiem, siedem, osiem, dziewięć…
Tak zawracamy kilka razy, aż wreszcie powodujemy zmianę daty.
– Zeroooo, jeeeest! – wybuchają dziesiątki petard, fajerwerki odpalają mi się spod nóg – dziw, że nie tracę wzroku.
Rozpoczyna się ogólne „kochajmy się” – obcałowywanie wszystkich ze wszystkimi. Zakochani i pijani tarzają się w śniegu, samotni i trzeźwi pośpiesznie się upijają.
Gdy ze skorupą z zamarzniętego szampana na głowie opuszczam staw, w drzwiach schroniska spotykam Marasa. Wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia:
– To jutro rano!

Słaby „piar”
Przez kilka dni zdążyliśmy się już nieco nasycić Doliną Pięciu Stawów Polskich, więc nabraliśmy ochoty na nieco dłuższą wyprawę, najlepiej w otoczeniu Morskiego Oka, z noclegiem w namiocie. Chęć do bycia oryginalnym podyktowała nam wybór celu nienależącego do popularnych.
Zatem nie będzie to najwyższa góra Polski, lecz Niżnie Rysy (2430 m n.p.m.) – jej najbliższy towarzysz. Jest to pierwszy szczyt w długiej grani, która oddziela się od głównego grzbietu Tatr na Rysach i biegnie daleko na północ, wyznaczając granicę ze Słowacją. W tej grani wznoszą się między innymi Żabie Szczyty – Wyżni i Niżni, tworzące otoczenie kotliny Morskiego Oka od wschodu.
Wbrew nazwie, Niżnie Rysy nie są jakimś tam niższym wierzchołkiem Rysów. Patrząc znad Moka, można uznać wręcz odwrotnie – kulminacja Rysów wydaje się dodatkiem do Niżnich Rysów, opadających w stronę Czarnego Stawu imponującą, wysoką na ponad 600 metrów północno-zachodnią ścianą.
Można powiedzieć, że „nasz” szczyt ma słaby „piar”, bo mnóstwo turystów bierze go właśnie za Rysy, ignorując jego samodzielność, a nawet istnienie. W taki sposób jedna z trzech najwyższych gór Polski unika popularności. Dla nas to dobrze – od popularnych gór wolimy te mniej popularne.

Ku zupom
Rano, o dziwo, budzę się rześki i prężny. Na dworze piękne słońce i miły, może dziesięciostopniowy mrozik. Maras, nagrzany niezmiernie, czeka już spakowany w jadalni. Wychodzimy o jedenastej. Rewelacyjny czas jak na tak mocne nocne przeżycia. Po godzinie szurania rakami po zmrożonym śniegu stajemy na Szpiglasie, skąd z niepokojem obserwujemy podnoszące się chmury. Niedawno kisiły się nad Roztoką, teraz zakryły już Pięcistawy.
– Będzie pogoda, nie będzie? – próbujemy coś wywróżyć.
Po ciepłej herbatce w schronisku nad Mokiem wkraczamy na zamarzniętą taflę jeziora. Chodzenie po lodzie zawsze dostarcza mi emocji. Tu pikanterii dodaje świadomość głębokości akwenu – ponad 50 metrów. Pode mną zmieściłby się kilkunastopiętrowy wieżowiec. Na szczęście od dawna jest silny mróz i lód wygląda tak solidnie, że chyba czołgiem można by po nim jeździć.
Dobijamy do Czarnego Stawu. Pusto. Tu, w odróżnieniu od Morskiego Oka, nie ma już nikogo. Staw w zimowej scenerii robi niezwykłe wrażenie – widok jest bardziej dziki niż latem, niezłagodzony zielenią kosówki i traw. I znów przejście przez środek jeziora – tym razem pod nami prawie osiemdziesiąt metrów wody.
Zaczyna się podejście do Kotła pod Rysami. Żmudne pedałowanie pod górę monotonnym śnieżnym polem. Noga jedna, druga, czekan, noga jedna, druga… Stok wydaje się nie mieć końca, a jednak zauważalne są postępy – białe plamy zamarzniętych jezior w dole maleją, a okoliczne szczyty stają się coraz bliższe.
Drogę urozmaicają rozmyślania o czekających nas przyjemnościach. Już dziś, wieczorem, a właściwie po południu. W zasadzie za dwie godziny, a może nawet chwilę szybciej. Ciepły śpiwór. Szum palnika. Słodka herbata, dobra zupa. Wleję w siebie ciepły smaczny płyn – ciepło rozejdzie się po całym ciele. Nabraliśmy mnóstwo żarcia do gotowania, aż dwa kartusze z gazem. Gotowaniu i niezwykłym rozmowom nie będzie końca.
Późnym popołudniem docieramy do skał grzędy zamykającej Kocioł pod Rysami. To ta sama grzęda, którą wiedzie znakowany szlak na Rysy. Tu ku naszej radości ukazuje się idealne miejsce na „kibel”, czyli biwak – śnieżna platforma o wymiarach kilka metrów na dwa metry, względnie osłonięta od wiatru i bezpieczna od ewentualnych lawin. Dziaby w ruch i platforma wyrównuje się. Tu będzie nasz dom na dzisiejszą noc.
Nie mamy namiotu. Z wyrypy Marasa granią Tatr Zachodnich sprzed kilku dni został mu tylko tropik, który rozciągamy „sposobem” na jednym maszcie. Spodem będzie ciągnął chłód, ale co tam.
Staję z zadumą wobec ciemniejących zarysów gór. Na lewo piętrzą się urwiska północnych ścian Żabiego Konia, Wołowej Turni i Żabiej Turni Mięguszowieckiej. Na wprost, po drugiej stronie doliny, rozłożyste Miedziane, spowite w delikatną różową mgiełkę. Na prawo, dokładnie na naszej wysokości, widać ostry wierzchołek Żabiego Mnicha (2140 m n.p.m.). Brr, zimno.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Tatry Wysokie
Polska

Zobacz też