Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Alpy Pennińskie

Całe góry dla nas

NPM 5/2016
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Cylka
Spacer granią w rejonie Pointe de Balavaux (2456 m n.p.m.). Na drugim planie Plan du Fou (2436 m) z górną stacją kolejki linowej oraz Mont Gond (2670 m n.p.m.) (fot. Jarosław Tomaszewski)
Bez raków i kijków na alpejską przełęcz i z jedną kanapką na 11 godzin wędrówki – zgadza się, złamaliśmy wszelkie zasady prawidłowej wyrypy wiosennej w Alpach. Tłumaczenie, dlaczego tak się stało, jest do tego stopnia absurdalne, że aż trudno w nie uwierzyć.  

Alpy Pennińskie, zwane również Walijskimi – pierwsze skojarzenie? Komu chodzi po głowie słynny Matterhorn albo Dufourspitze w masywie Monte Rosa, ten trafił w dziesiątkę. Tym razem jednak, zamiast słynnego Zermatt, wybieramy położoną o 100 kilometrów na północny zachód mieścinę o nazwie Nendaz. Nigdy o niej nie słyszeliście? Ja też nie, dopóki tam nie trafiłem. Natomiast miłośnikom narciarstwa coś może świtać.

Jazda po muldach
Nendaz razem z Verbier, La Tzoumaz i Veysonnaz tworzą znany w Szwajcarii region narciarski zwany Czterema Dolinami (Les Quatre Vallées). Miłośnicy białego szaleństwa mają tu około 400 kilometrów tras, które ponoć można przejechać bez zdejmowania nart. Piszę „ponoć”, bo sam na deskach nie jeżdżę i zdaję się na opisy lokalnych przewodników. Wszyscy autorzy są zgodni: najwyższy punkt w okolicy, czyli szczyt Mont Fort o jakże łatwej do zapamiętania wysokości 3333 m n.p.m., przyciąga w sezonie tłumy żądnych wrażeń urlopowiczów. Z tarasu możemy ponoć podziwiać Mont Blanc i Matterhorn, a także Jungfrau czy Grand Combin. Znów piszę „ponoć”, bo kiedy przyjeżdżamy tu późną wiosną, wszystko zamknięte jest na cztery spusty i krajobrazy z Mont Fort możemy sobie jedynie wyobrazić. Żaden wyciąg nie jeździ, a na szlakach powyżej 2000 metrów ani psa z kulawą nogą nie spotkamy, ani jakiegokolwiek ducha, który by nad okolicą sprawował opiekę.
Ma to oczywiście swoje plusy, bo obcowanie z alpejską naturą w ciszy i spokoju to nie jest zjawisko nader często spotykane. Ale minusy też są zasadnicze, bo brak czynnej kolejki górskiej sprawia, że wysokość trzeba zdobyć na własnych nogach, co ogranicza nieco pole działania. W każdym razie na własne oczy przekonałem się, że stroma ściana Mont Fort od południowego wschodu robi wrażenie. Pewnie dlatego dostępna jest tylko dla najbardziej doświadczonych narciarzy, dla których jazda po muldach to żaden problem. Można się poczuć jak prawdziwy olimpijczyk, w końcu muldy to jedna z konkurencji narciarstwa dowolnego na igrzyskach. Najdłuższa trasa wiedzie tu wąwozami przez Col des Gentianes do stacji Tortin (2045 m n.p.m.) i ma 13 kilometrów długości.
Ale nie narciarstwem będę się tu zajmował. W końcu trafiliśmy do Nendaz w czerwcu. Owszem, wysoko w górach jest jeszcze sporo śniegu, ale nie na tyle, by sezonu zimowego nie uznano już dawno za zakończony. W naszej bazie temperatura jest prawdziwie letnia. Choć to wysokość naszego Morskiego Oka (ok. 1400 m n.p.m.), słupki rtęci zdecydowanie przekraczają 30 stopni Celsjusza.
– Ale takie upały nie zdarzają się często. Pogoda jest u nas raczej taka, jak to latem w Alpach bywa. Czasem przez kilkanaście dni słońca nie brakuje, a niekiedy przez kilka dni pada deszcz. Pod tym względem chyba się nie wyróżniamy – przyznaje Constantine Annick z regionalnego biura informacji turystycznej w Nendaz. I dodaje, że średnia roczna temperatura to około 12 stopni Celsjusza.

Sion jak Zakopane
Jesteśmy we francuskojęzycznej części Szwajcarii w kantonie Valais. Jego stolicą jest miasteczko Sion, które wielkością jest porównywalne z naszym Zakopanem. Nawet liczba stałych mieszkańców – a więc niecałe 30 tysięcy – jest niemal identyczna. Tylko cisza i spokój sprawia, że skojarzenie z naszą tatrzańską stolicą jest nieadekwatne. Życie tu płynie nadzwyczaj spokojnie. Dziewczyna w kiosku na dworcu dziesięć razy spogląda, co się dzieje za oknem, i mówi coś w niezrozumiałym dla mnie języku francuskim, zanim poda mi lokalny tygodnik w wersji papierowej. Uśmiech ma jednak taki, że można by i tydzień czekać na wydanie reszty. Za to kierowca autobusu jadącego do Nendaz, choć podjeżdża na przystanek z dużym wyprzedzeniem, sporo minut duma nad swoim życiem, zanim zdecyduje się na otwarcie drzwi. Ale rusza punktualnie co do sekundy – w końcu jesteśmy w Szwajcarii.

(…)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”

 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też