Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Jan Serafin

Byłem napalony na przejścia

NPM 6/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
( fot. arch. Jana Serafina)
Z Janem Serafinem, lekarzem polskich wypraw wysokogórskich, rozmawia Jakub Terakowski  

Skąd Pana pseudonim „Korbiasty”?
Moje kontakty z górami sięgają roku 1951. W tamtych czasach najprężniej w Polsce działały dwa kluby wysokogórskie – śląski oraz krakowski, do którego należałem. Skąd ta szczególna pozycja Krakowa? Otóż podczas II wojny światowej działali tam tak wspaniali wspinacze, jak Łapiński i Paszucha [Czesław Łapiński i Kazimierz Paszucha to autorzy wielu wybitnych przejść w Tatrach, np. na Kazalnicy Mięguszowieckiej – przyp. red.] oraz cała grupa eksplorująca pobliskie skałki.

Pokutnicy?
Tak. Jestem ich wychowankiem. Moimi partnerami byli nawet, uwiecznieni później w literaturze, Jan Długosz i Stanisław Biel. Najtrudniejsze drogi, które pokonywaliśmy razem, zwykłem nazywać „korbiastymi”. I stąd to przezwisko... (śmiech) Byłem wówczas strasznie – jak to się mówi – napalony na coraz ekstremalniejsze przejścia. W pewnym momencie nic poza „korbami” mnie nie interesowało. Już mój pierwszy sezon samodzielnych wspinaczek w Tatrach zaowocował pokonaniem dróg skrajnie trudnych, na których kończyła się obowiązująca wówczas skala. W dodatku moją partnerką była bardzo drobna dziewczyna, która – gdybym odpadł – przefrunęłaby przez wszystkie oczka karabinków. Tak przynajmniej twierdzili moi koledzy. Osoba tak lekka jak ona nie mogła zapewnić mi nic poza iluzją bezpieczeństwa, więc ten mój wybór – podobnie jak dróg wspinaczkowych – też był skrajny. Skrajnie lekkomyślny, czyli „korbiasty” – jak mówili koledzy. Nigdy nie narzekałem na ten pseudonim. Słynny Jan Długosz miał gorzej – nazywano go „Palantem”.

Był jakiś powód?
Kiedyś potknął się na zwykłej ścieżce i zjechał w dół z kupą kamieni. Ktoś, widząc to, powiedział „ale palant” i tak już zostało.

Planował Pan wybrać się z Długoszem na tak zwaną Lewą Kazalnicy. Dlaczego się nie udało?
Marzyliśmy o niej. Nikt wcześniej nie pokonał tej drogi. Nasz guru Tadeusz Orłowski bezskutecznie próbował się z nią zmierzyć. Pech chciał, że podczas treningu w skałkach wyleciał mi hak; pofrunąłem i wyrwałem dwa następne. Kolejny zatrzymał mnie, ale szarpnięcie było potężne. Przy ówczesnym sposobie wiązania – nie było jeszcze uprzęży, pętlę z liny zakładało się wprost pod żebrami – doszło u mnie do wylewu podsiatkówkowego w lewym oku. Groziło to utratą wzroku. Musiałem zrezygnować ze wspinania się. Minęło 12 lat, zanim wróciłem w góry. Lewą Kazalnicy udało mi się pokonać dopiero pod koniec lat 70.

Wcześniej jednak, przed tą feralną przerwą, przeszedł Pan z Długoszem kilka niezwykle trudnych dróg...
Zamarłą Turnię, diretissimę Mięgusza i parę innych. „Palant” był wybitnie uzdolniony literacko, więc podczas każdej wspinaczki byłem skazany na jego radosną twórczość... (śmiech) Dobrze wspominałbym tamte czasy, gdyby nie pamiętna wyprawa po Adama Milówkę... Prognozy pogody tego dnia były fatalne, lecz pomimo wszystko wybraliśmy się z Tadkiem Westwalewiczem na Filar Mięguszowieckiego. Po pierwszym wyciągu lunął deszcz, więc przemoczeni na wskroś wróciliśmy do schroniska. Chwilę później przybiegł tam ktoś z wiadomością, że z grani Pośredniego słychać wołanie o pomoc. Staszek Biel momentalnie zebrał ekipę, pobiegliśmy na ratunek jak kto stał, bodaj w sześciu. Akcja była typowo polska, to znaczy ułańska – jak pod Somosierrą. Trampki, sztruksowe spodnie i wiatrówki chłonące wodę jak gąbka. Wszystko układało się dobrze, dopóki padał deszcz, ale wyżej chwycił mróz, więc do Adama dotarliśmy po kostki w śniegu. Byłem już wówczas po studiach medycznych. Nie miałem zatem żadnych złudzeń, gdy go zobaczyłem: pęknięcie podstawy czaszki. To w tamtych warunkach był wyrok... Adam wypadł z tak zwanego klucza. Wówczas przy zjazdach nie używało się jeszcze żadnych przyrządów, owijaliśmy się tylko liną i to wszystko. Jeden błąd mógł spowodować wypadek. Okryliśmy Adama czym kto miał i w ciemną noc zaczęliśmy schodzić Drogą po Głazach. Było piekielnie zimno, przemoczone spodnie zesztywniały na nas od mrozu. Nad ranem, trawersując jeden z ostatnich żlebów przed Przełęczą pod Chłopkiem, Tadek Westwalewicz chwycił olbrzymi głaz, wielkości fortepianu, który na naszych oczach drgnął, odchylił się i razem z Tadkiem runął w przepaść, przecinając linę asekuracyjną...

„Korba” po tym Panu nie przeszła?
Wspinaczka jest jak narkotyk. Bardzo duży wysiłek lub stres powodują wydzielanie się endorfin. To morfinopodobna substancja, która pobudza i zmniejsza uczucie strachu. Niezwykle przyjemne uczucie... Kilka takich „odlotów” wystarczy, by pojawił się głód zbliżony do narkotycznego. Ile to razy, wracając z kolejnej wyprawy, mówiłem sobie: dość, to nie ma sensu, zabiera zbyt dużo czasu. Trzeba zadbać o rodzinę, zająć się pracą, to był ostatni raz! Takie mocne postanowienia poprawy nigdy nie były zbyt trwałe... Wspinaczka to piękny sport, pozwala spotkać fantastycznych ludzi, daje niezwykły kontakt z przyrodą, Tatry zupełnie inaczej wyglądają ze ściany niż znad Morskiego Oka. Im droga jest trudniejsza, tym wydają się wyższe.

(...)

Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też