Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Niemcy i Austria - Alpy

Być jak Indiana Jones

NPM 11/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Marek Skowroński
()
Kiedy jakaś via ferrata uchodzi za jedną z trudniejszych, ale i najładniejszych widokowo w całych Alpach, to człowiek długo się nie zastanawia, czy warto na nią ruszyć. Takiej przygody odmówić sobie nie można.

Zainspirowani opowieściami znajomych z Drogi Jubileuszowej na Zugspitze i grani południowo-zachodniej Grossglocknera (Stüdlgrat), właśnie te drogi wybraliśmy na cel naszego kolejnego wyjazdu w Alpy. A wszystko w ramach naszej grupy „Do góry nogami”. Tym razem jedziemy w ośmioosobowej ekipie.

Korek na via ferracie
Droga Jubileuszowa to grań łącząca dwa wybitne wierzchołki: Alpspitze (2628 m n.p.m.) oraz Zugspitze (2962 m). Prowadzi ona w całości na wysokości powyżej 2500 metrów n.p.m. Wyjeżdżamy zatem z Wrocławia we wtorek po pracy, by dotrzeć na parking pod stacją kolejki na Alpspitze w Garmisch-Partenkirchen około północy. Tam biwakujemy i rano wjeżdżamy kolejką na Osterfelderkopf (2057 m n.p.m.), skąd łatwa ferrata (B) prowadzi na wierzchołek Alpspitze.
Niemal natychmiast po wyjściu z wagonika kolejki zakładamy lonże oraz uprzęże i ruszamy w kierunku ferraty. Szybko pokonujemy pierwsze metry podejścia, ale gdy docieramy do ubezpieczonego szlaku, naszym oczom ukazuje się nieprzyjemny widok... Na drodze jest ogromny zator, którego nie sposób ominąć. Cierpliwie odczekujemy swoje, po czym odbijamy w prawo w kierunku Drogi Jubileuszowej (D, 3-), zamiast atakować wierzchołek Alpspitze. Korek, jak się okazuje, spowodowany jest przez pewną panią, której głowa ewidentnie nie nadąża za nogami i źle reaguje na ekspozycję. Bardzo wolnym krokiem pokonuje ona kolejne metry, ciągnięta przez swojego partnera.
Po zejściu na właściwą ścieżkę szlak od razu pustoszeje. Spokojnym krokiem staramy się iść ściśle granią, a w miejscach, gdzie jest to niemożliwe, podążamy zgodnie z oznakowaniem szlaku. Zostawiamy nieco z boku wierzchołek Hochblassen (2707 m n.p.m.), by wejść na efektowną turnię Volkarspitze (2618 m). Zejście z niej to najtrudniejszy fragment na całej grani (wyceniony na D), ale obecność sztucznych ułatwień i stalówki bardzo pomaga. Po zejściu docieramy do grupy wierzchołków nazwanych Höllental Spitzen. Po minięciu pierwszego – Aussere Höllentalspitze (2720 m n.p.m.) schodzimy nieco w dół do awaryjnego schronu. W nim jednak nie ma miejsc. Nie ma więc możliwości, by w nim zabiwakować i dokończyć trasę następnego dnia. Na zegarze jest godzina 15. Robimy krótką przerwę na posiłek i decydujemy, że chcąc nie chcąc, musimy iść dalej. Jest to mniej więcej połowa drogi. Przed nami jeszcze około czterech godzin marszu.

Sił brakuje, ale batony pomagają
Kontynuujemy wędrówkę granią. Mijamy najwyższy w grupie Mittel Höllentalspitze (2743 m n.p.m.), a po chwili ostatni z nich – Innere Höllentalspitze (2741 m). Niestety, oznakowanie szlaku wprowadza nas w małe zakłopotanie. Grań bowiem prowadzi prosto, tymczasem znaki pokazują, że musimy skręcić ostro w prawo, niemal zawrócić i zejść kilkadziesiąt metrów w dół. Po zejściu dociera do nas, że tamto miejsce było po prostu zwornikiem grani i teraz widzimy dalszy przebieg drogi. Następne metry to zatem mozolne podejście pod górę. Chwilami łatwiejsze (1), chwilami nieco trudniejsze (2+), ale oznakowanie pomaga wybierać właściwe warianty. Na zejściu ze zwornika gubimy kontakt z częścią naszej ekipy. Prowadzę tę jedną z małych grup, choć sił nie mam za wiele, bo tak naprawdę od rana nic nie zjadłem. Próbuję wdusić w siebie batona, ale zmęczenie powoduje, że pierwszy kęs kończy się odruchem wymiotnym. Pokonuję nieubezpieczone podejście i docieram z powrotem na grań, a niedługo potem zjawiają się towarzysze z drugiej grupy. Robimy krótki odpoczynek na jedzenie i picie. Tym razem baton wchodzi już znacznie lepiej i czuję, że powoli wracają mi siły.


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też