Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | 200. numer „n.p.m.”

Bohaterowie pierwszej strony

NPM 11/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Andrzej Bazylczuk
()
Patrzysz właśnie na 200. numer „n.p.m.”. A 200 numerów to 200 okładek. 200 okładek to 200 historii, które się za nimi kryją. Przypomnijmy choćby kilka z nich.  

Poza kilkoma wyjątkami, jak na przykład skupiona twarz Piotra Pustelnika, pierwszego redaktora naczelnego „n. p. m.” a dziś prezesa Polskiego Związku Alpinizmu oraz zdobywcy Korony Himalajów i Karakorum, głównymi bohaterami okładek są oczywiście góry. Ale z pierwszej strony spoglądają także ludzie. Ich historie i emocje są nie mniej ważne niż same szczyty. W końcu nie piszemy o ruchach górotworów, erozji i wypiętrzaniu, ale o tym, co można i warto w górach przeżyć. Dlatego przez lata na okładkach prezentowaliśmy dziesiątki postaci. Często były to osoby znane, których wyczyny przebijają się do mediów, inspirują innych i zarażają miłością do gór. Ale są i zwykli turyści, którzy po prostu w górach szukają odskoczni od codziennej gonitwy.
Skarpety do sandałów
Zbigniew Piotrowicz zawitał na okładkę dziewiątego numeru „n.p.m.” z grudnia 2001 roku i jest dowodem na to, że nie trzeba wytyczać nowych dróg czy bić wspinaczkowych rekordów, by dla popularyzowania górskiej turystyki i kultury zrobić bardzo dużo. To właśnie on był pomysłodawcą i przez wiele lat zawiadowcą Przeglądu Filmów Górskich im. Andrzeja Zawady, który od 1995 roku przyciąga do Lądka-Zdroju tysiące gości. A od czasu, gdy znalazł się na okładce magazynu, jego CV poszerzyło się o szereg pozycji, wśród których było choćby kandydowanie do Sejmu – niestety bez powodzenia.
W 2008 roku Piotrowicz wydał książkę „Moje pagóry” i posiadacze pierwszego wydania pewnie zauważyli, że na jej froncie można zobaczyć to samo zdjęcie, które siedem lat wcześniej pojawiło się na okładce „n.p.m.”. Ale w kolejnej edycji front zmieniono na inne zdjęcie. – Było lepsze technicznie i bardziej „górskie” – wyjaśnia Piotrowicz.
Cofnijmy się jednak do 1997 roku, czyli momentu, kiedy wykonano okładkową fotografię. Zdjęcie zrobiono podczas wyjazdu do Ladakhu.
–  Po przylocie do Leh zrobiliśmy sobie spacer po okolicznych wzgórzach i wjechaliśmy wynajętym dżipem na przełącz Khardung La. To był chyba trzeci dzień w górach i podczas wejścia powyżej przełęczy dało się czuć lekkie młotkowanie w głowie. Zwracam więc uwagę, że do sandałów włożyłem skarpetki, co dziś będę tłumaczył niedotlenieniem. Z drugiej strony jestem dumny, że zapoczątkowałem, tak ostatnio modny, zwyczaj robienia zdjęć w sandałach, skarpetkach i z reklamówką w górach wysokich – żartuje po 20 latach były już szef lądeckiego festiwalu. Były, gdyż dekadę temu stery przekazał specjalistom od kultury w lądeckim magistracie. Od 2011 roku dyrektorem festiwalu jest przyjaciel Piotrowicza, Maciej Sokołowski.
Uwagę na zdjęciu przyciąga również kolorowy kapelusz. Jak się okazuje, także on ma pewną historię. Został bowiem kupiony w Leh, a po przylocie do Polski zlicytowany w karkonoskiej Samotni na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Od dziewiątego numeru „n.p.m.” spore zmiany dotknęły nie tylko mody górskiej czy bohatera fotografii, ale także miejsca, gdzie zdjęcie zrobiono.
– Khardung La za tamtych czasów była sławna jako najwyższa przejezdna przełęcz świata. Na mapach podawano wysokość 5602 metry n.p.m. Późniejsze pomiary wykazały, że jest nieco niższa i ma „tylko” 5359 metrów. Najwyższa została Semo La (5565 m n.p.m.) znajdująca się w centralnym Tybecie – wyjaśnia pomysłodawca Lądka.
Pod Kilimandżaro
Kilka miesięcy później na okładce „n.p.m.” (nr 4/2002) pojawiła się inna znana postać – Marek Kamiński.
– Na fotografii przedstawione jest moje zejście z Kilimandżaro, najwyższego szczytu Afryki. To była jedna z moich pierwszych dalekich wypraw. Na tyle szczególna, że byłem tam z moją ówczesną narzeczoną, Kasią. Jest to wyjątkowe miejsce ze względu na fakt, iż to nie tylko przejście przez lodowiec, ale także wszystkie strefy klimatyczne. Okazuje się, że wszędzie można znaleźć kawałek lodu, na który można wejść. To jakby przejść dwa bieguny w dwa dni – biegun zimna i gorąca. Byłem bardzo zmęczony, ale szczęśliwy – opowiada dziś Kamiński i dodaje: – Aktualnie lodowiec jest dużo mniejszy niż w chwili, kiedy tam byłem. Teraz globalne ocieplenie stale zmniejsza jego powierzchnię – opisuje fotografię podróżnik.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”

 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też