Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Australia

Błękit spada z nieba

NPM 3/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Karolina Bednarz
(fot. Karolina Bednarz)
  Błękitne Góry nie nazywają się tak bez powodu. To dla tego koloru przyjeżdżają tu co roku tysiące turystów. I to tu chowają się przed bezlitosnym słońcem mieszkańcy pobliskiego Sydney. I ja.  

Błękit najpierw spadł z nieba, bez litości. Późna australijska wiosna jest równie kapryśna, co w Polsce, ale tutaj wszystko jest bardziej: pustynie, góry, owady, ocean i ciągnące się przez kilkaset kilometrów drogi. Tak było też z deszczem. Kiedy niebo się nade mną zlitowało, świat pokryła mgła, a znalezienie schroniska, które miało być moją bazą, zajęło mi kilka godzin. Zrobiło mi się niedobrze, bo nie widziałam nawet czubków swoich butów, zaczęłam gubić się w tym, gdzie góra, a gdzie dół. Udało się, drzwi otworzył właściciel, pokazał mi pokój… i po kilku godzinach byłam z powrotem na nogach, żeby znaleźć się na szlaku o wschodzie słońca.
Govetts Leap
Piąta rano. Budzik brutalnie wyrywa mnie ze snu. Po kilku tygodniach podróży po Australii przyzwyczaiłam się do letniego ubioru, a tu marznę do szpiku kości, mimo
ciepłego swetra. Wkładam na siebie kilka warstw, biorę termos z herbatą i wychodzę na zewnątrz, do jesiennej oazy godzinę drogi od upalnego Sydney. Kieruję się szybkim marszem w stronę Govetts Leap, z którego rozpościera się ponoć najwspanialszy widok na całe Błękitne Góry.
W oddali majaczy ogromny wodospad, zwany przez niektórych wodospadem Welon (Bridal Veil), który jest przy okazji najwyższym wodospadem w całych Górach Błękitnych. Spada z wysokości 180 metrów. Woda rozbryzgująca się na dnie doliny oczyszcza powietrze na tyle, że już w XIX wieku zostało uznane za „uzdrawiające”.
Wszystkie szczyty znamy pod angielskimi nazwami, lecz nie można zapominać o tym, że przez tysiące lat tereny te były zamieszkane przez Aborygenów Gandangara i Darug. Powstanie Błękitnych Gór pojawia się w ich legendach. Ponoć ogromna dolina Jamison powstała podczas walki dwóch pół-ryb, pół-jaszczurów w „czasie snu”, niby-boskiego poziomu istnienia. Kiedy w XVIII wieku pojawili się tu Europejczycy, długo nie mogli się zdecydować, jak je nazwać. Pod koniec XVII stulecia Arthur Phillip nazwał je Carmarthen and Lansdowne Hills. Dopiero po pewnym czasie stanęło na literackim Błękicie – nazwa ta stała się popularna i dość szybko zapomniano o oficjalnej, nadanej przez ówczesnego gubernatora.
Bałam się, że nic nie zobaczę po wczorajszej kąpieli we mgle. Ruszam z centrum miasteczka Blackheath (1065 m n.p.m.) początkowo wzdłuż drogi prowadzącej ciągle w górę. Natura jednak lituje się nade mną, a znad ciągnących się po horyzont górskich grzbietów wyziera nieśmiało słońce. Gdy robi się jasno, a ja kończę strzelać tysiące zdjęć, pakuję sprzęt do plecaka i idę w dół wąską ścieżką. Patrzę na odbijające się w rosie promienie słońca, na światło przebijające się zza gałęzi drzew. Japończycy mówią na to „komorebi” i nareszcie wiem, o co im chodziło, gdy wymyślali na to zjawisko specjalne słowo.
Nagle słyszę, że ktoś za mną biegnie. Biegnie? Tak, dla niektórych przebieżka po górach o świcie to najnaturalniejszy sposób na pobudkę. Ja wybieram jednak powolny spacer, nasłuchiwanie odgłosów budzącej się natury, podglądanie drzemiących jeszcze ptaków i robienie setek zdjęć.
Na Govetts Leap zaczyna się także jeden z piękniejszych szlaków w okolicy – długi na siedem kilometrów Pulpit Rock Walk. To najlepszy sposób na podziwianie panoramy potężnej Grose Valley i majaczących w oddali gór; niektóre z klifów wysokie są na kilkaset metrów. W listopadzie kwitną dzikie kwiaty, w oddali słychać okrzyki ptaków. Spacer zajmuje około dwóch godzin, ale widoki wynagradzają wczesną pobudkę i każde zmęczenie. To ten widok zostanie we mnie najdłużej.

(...)

Więcej - czytaj w numerze "n.p.m."
 


Zobacz podobne artykuły

Australia

Zobacz też