Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Barbara Prymakowska

Biżuterię trzymam w wiaderku

NPM 7/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
( fot. archiwum Barbary Prymakowskiej)
Z Barbarą Prymakowską, najszybszą babcią świata, rozmawia Jakub Terakowski  

Dlaczego nazywają Cię najszybszą babcią świata?
Babcią? Bo mam 72 lata i wnuki, z których jestem dumna. Nigdy nie ukrywałam metryki, a z upływem lat wręcz podkreślam swój wiek, aby służyć przykładem także seniorom i inspirować ich do aktywności. Może nie w takiej dawce jak moja, lecz jakiejkolwiek, adekwatnej do możliwości. A najszybszą? Bo jestem aktualną mistrzynią Polski w kategorii masters, od kilkunastu lat wygrywam na wszystkich długich dystansach, czyli 10 kilometrów, półmaraton i maraton.

Biegasz również za granicą...
Na mistrzostwach świata w Lahti byłam trzecia na dystansie 10 kilometrów. Przebiegłam też maratony: Berlin, Londyn, Paryż, Wiedeń, Frankfurt, Lahti, Nowy Jork i Ateny. W Nowym Jorku zajęłam piąte miejsce na 100 kobiet w swojej kategorii, w Atenach wygrałam. Ten ostatni był dla mnie najważniejszy, bo prowadził po historycznej trasie, którą jako pierwszy pokonał Filippides. Ateński bieg uważam też za najtrudniejszy, bo upał zwala tam z nóg i – bagatelka – pierwsze 32 kilometry prowadzą pod górę.

Startowałaś też w innych biegach górskich...
Tak, jestem wicemistrzynią świata w biegu stylem alpejskim, czyli z metą na szczycie. Tytuł ten zdobyłam w ubiegłym roku w austriackim Telfes. Wygrałam też mistrzostwa Europy rozgrywane w Nowej Rudzie; meta znajdowała się wówczas na Wielkiej Sowie. Kilka lat temu, jeszcze w kategorii K65 (kobiety w wieku 65-70 lat), zdobyłam brązowy medal podczas mistrzostw świata. Wbiegaliśmy wtedy z Korbielowa na Pilsko.

Ile czasu Ci to zajęło?
Poniżej godziny i 15 minut.

Chapeau bas!
Na Kasprowy z ronda Jana Pawła II biegłam nieco dłużej, przekroczyłam 80 minut. Po raz pierwszy startowałam tam z wnukiem.

I kto był szybszy?
Nie pytaj... (śmiech) W tym roku też wybieram się i na Pilsko, i na Kasprowy. Czy mi się uda? Czas pokaże, nie sposób przewidzieć wszystkich przeciwności. Przed zaledwie kilkoma dniami cudem uniknęłam poważnej kontuzji. Sama sobie byłabym winna, bo wykazałam się nietypową dla mnie nonszalancją...

Co się stało?
Biegłam maraton na łyżworolkach, notabene jako jedyna kobieta w mojej kategorii wiekowej. Było zimno, wiał przenikliwy wiatr, padał deszcz – to jeszcze nic, można wytrzymać – ale w pewnym momencie sypnęło gradem, który zaczął się topić i zamarzać na asfalcie. Po raz pierwszy w życiu usłyszałam wtedy wewnętrzny głos, który mówił do mnie: „odpuść, zejdź z trasy, bo zrobisz sobie krzywdę”. Nie posłuchałam. Minęłam już półmetek, nie chciałam się poddawać.

I?
Dobiegłam szczęśliwie do mety, ale siódme i ósme kółko, zanim lód się nie stopił, biegłam po omacku. Wygrałam nie tylko w swojej kategorii wiekowej, bo konkurencji nie miałam, ale udało mi się wyprzedzić wielu zawodników, nawet o trzy dekady młodszych – zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Cóż, wyniki są ważne, rywalizacja motywuje, ale największą przyjemność sprawia mi samo bieganie i doskonała zabawa z nim związana. Ja już od dawna trenuję bez elektroniki, kieruję się dobrym samopoczuciem. A do jego pomiaru nie potrzebuję żadnych urządzeń.

Po górach biegasz dość krótko.
Krótko? Od kilku lat. W ogóle biegać zaczęłam późno, bo jako 50-latka. Wcześniej pracowałam jako nauczycielka wychowania fizycznego. Od niepamiętnych czasów prowadzę też zajęcia wyszczuplające dla kobiet – pierwsze w Tarnowie. Zaczynałam, gdy określenia „fitness” szukało się jeszcze w słowniku wyrazów obcych. Dopiero w wieku 58 lat po raz pierwszy pokonałam trasę Cracovia Maraton. Potem przebiegłam jeszcze ponad 30 innych. A góry? Przez długi czas goniłam wyłącznie asfalty, aż wreszcie kolega namówił mnie na start w maratonie gorczańskim. Zadzwoniłam do organizatora. Lista już była zamknięta, ale podałam swoją datę urodzenia... – 1943? Chyba się przesłyszałem – powiedział, bo najstarszy zawodnik, i to mężczyzna, urodził się 10 lat później. Nie zdążyłam jeszcze wymienić nawet połowy maratonów, które przebiegłam, gdy lista uczestników jakimś cudem się otworzyła… (śmiech)

(...)

Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.".


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też