Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Góry Opawskie

Biskupią Kopę można polubić

NPM 2/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Rzeczycki
Widok z czerwonego szlaku na Biskupiej Kopie w kierunku Prudnika (fot. Tomasz Rzeczycki)
Cóż takiego ma w sobie Biskupia Kopa, że rekordziści wchodzą na jej szczyt po sto kilkadziesiąt razy w roku? Co sprawia, że chociaż w najbliższej okolicy znajdują się wyższe i dłuższe wzniesienia Gór Opawskich, to właśnie na niej ogniskuje się ruch turystyczny? Dobre pytania...

Do tłoku na najwyższym sudeckim szczycie Górnego Śląska też dołożyłem swoją przysłowiową cegiełkę. I chociaż zaledwie kilkanaście razy w życiu zdobyłem tę górę, to bardzo ją polubiłem. Jak do tego doszło? Był ostatni dzień sierpnia 1999 roku. Tego dnia planowałem skorzystać z kursującego wtedy pociągu osobowego Katowice-Legnica i pojechać na jednodniową wycieczkę do Srebrnej Góry. Ale zaspałem, nie usłyszałem budzika i gdy się zbudziłem, to pociąg był już daleko w trasie. U brata znalazłem mapę województwa opolskiego i zaintrygowało mnie, że na samym jej dole w jednym zakątku poziomice gęstnieją.
– To w województwie opolskim są jakieś góry? – byłem wyraźnie zdziwiony.
W zastępstwie za nieodbytą wycieczkę do srebrnogórskich mostów postanowiłem tego dnia samodzielnie pojechać koleją w bliskie, a nieznane Góry Opawskie. Kiedy wysiadłem w Głuchołazach, udałem się na rynek do księgarni, aby kupić jakieś materiały turystyczne. Wybór był pomiędzy jakimiś folderami wydrukowanymi na nędznym papierze gazetowym a książką – przewodnikiem Marka Sitki po Górach Opawskich. Książka zawierała bardzo precyzyjne mapki, więc zdecydowałem się na nią. W drodze powrotnej się nią zaczytywałem. Postanowiłem, żeby jeszcze tej samej jesieni kolejny raz udać się w Góry Opawskie, tym razem na Biskupią Kopę. Tak też się stało. W kolejnych latach jeździłem tam wiele razy, zabierając swoich znajomych na wycieczki, głównie jednodniowe, i popularyzując wśród nich zapomniane nieco Góry Opawskie, których miniaturowa zaledwie część leży po polskiej stronie. Urokliwa przełomowa dolina Złotego Potoku, mnóstwo wychodni skalnych na zachód od Moszczanki, najdłuższa w kraju drabinka do wspinaczki skalnej na niebieskim szlaku, czy też kamienna wieża widokowa na szczycie Biskupiej Kopy i naturalne lasy mieszane, które w październiku mienią się różnobarwnym kalejdoskopem liści – to tylko niektóre atrakcje, jakich nie ma w najwyższych partiach Tatr czy Bieszczadów, gdzie panuje tylko rozciągnięta na kilometry monotonia skał i połonin. To od Gór Opawskich zaczęła się moja przygoda z górami i pasja wędrowcy. Wcześniej góry były tylko rzeczywistością wakacyjną. Odtąd – całorocznym hobby.

Wieża na Wiatracznej
Na Biskupią Kopę wchodziłem z różnych stron, różnymi wariantami tras i o różnych porach roku. Tym razem postanowiłem poznać ją znowu od trochę innej strony. Niestety, rozkład jazdy pociągów w 2013 roku nie był już tak łaskawy jak wcześniej i o dogodnej dla siebie porze koleją mogę dojechać tylko do Opola, skąd autobusem można udać się do Prudnika. Tam okazuje się, że nie ma żadnego popołudniowego autobusu w stronę Jarnołtówka. Decyduję się więc na autostop i po niedługim czasie zostaję dowieziony do ronda w Jarnołtówku.
Główna droga wiodąca przez wieś doliną Złotego Potoku była kiedyś jeszcze mało uczęszczaną, prawie że ślepą ścieżką, urywającą się przed czeską granicą. Teraz jest inaczej. Po wyasfaltowaniu krótkiego odcinka transgranicznego można tędy dojechać autem do sąsiedniego miasteczka Zlaté Hory. Znów więc można mówić, tak jak to było przed drugą wojną światową, że Jarnołtówek leży przy trasie z Prudnika do Zlatych Hor. Ruszam zatem drogą w stronę gór, przekraczam mostek nad Złotym Potokiem i docieram do miejsca, w którym do drogi tej opada grzbiet górski ciągnący się od Biskupiej Kopy przez Grzebień (768 m n.p.m.) i Wiatraczną Górę (424 m n.p.m.). Odnajduję boczną uliczkę prowadzącą do nowego domu na zboczu Wiatracznej. Sama góra nie jest wybitnym wzniesieniem. Tuż poniżej jej szczytu znajduje się płytka przełęcz, przy której istnieje załom, czy też zakręt pod kątem 90 stopni w stosunku do granicy państwowej. A na szczycie wzniesienia zbudowana została przed laty metalowa wieża obserwacyjna Wojsk Ochrony Pogranicza. Słyszałem, że podobno została rozebrana, ale coś mi się nie zgadza. O godzinie 16 podchodzę na Wiatraczną i nie mam wątpliwości: w gąszczu drzew stoi kilkunastometrowa konstrukcja z platformą obserwacyjną, przystosowana teraz do pełnienia funkcji wieży łączności telekomunikacyjnej. Są tam na niej anteny.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też