Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Ukraina / Bieszczady Wschodnie i Połonina Równa

Biesy w trybie ultra

NPM 11/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Autor:
Michał Parwa
(fot. Michał Parwa)
Stary Sambor, obwód lwowski, zachodnia Ukraina. Niecałe 30 kilometrów w linii prostej od Ustrzyk Dolnych. Straszono nas drogami z dziurami po łokcie, kleszczami na wiadra i komarami wielkości wróbli. Zamiast tego są przyciemniane szyby w autach, pozłacane kopuły w cerkwiach i babuszki pilnujące bydła na łąkach. A w naszym autobusie właśnie zapaliły się hamulce.

Kto z nas stojąc na Tarnicy (1346 m n.p.m.), nie marzył o Bieszczadach Wschodnich, niech pierwszy rzuci kamieniem. O najwyższym Pikuju (ukr. Пікуй, 1408 m n.p.m.), dziczy niespotykanej na rodzimych szlakach i niekończących się połoninach. O górach tak bliskich, niemal na wyciągniecie ręki, jak te światła Lwowa, które podobno widać nocą z Halicza (1333 m n.p.m.). A zarazem odległych, nieznanych i niedostępnych. I przede wszystkim kojarzących się z koszmarnym dojazdem. Fakty są takie, że mieszkańcy zachodniej Polski szybciej dotrą w Alpy. Nawet z Krakowa wujek Google pokazuje sześć godzin podróży samochodem. A to ledwie czas jazdy. Bo przecież nikt nie wie, ile trzeba będzie odczekać na ukraińskiej granicy. Godzinę, dwie albo i pół dnia? Do takiej podróży trzeba dorosnąć. I co najważniejsze, zebrać ekipę, albo mieć dodatkowy bodziec.
Pierwszej opcji próbowałem ze sto razy. Namawiałem znajomych na wyjazd oblężniczy, pod namiot, trzy lub cztery dni marszu, żeby hurtem zaliczyć kilka szczytów. Nic z tego.
– Wolę jechać na Zugspitze, niż tłuc się po dziurach w ukraińskie chaszcze – słyszałem do znudzenia.
W końcu pojawiła się opcja numer dwa – impuls w postaci ultramaratonu „Bojko Trail”, organizowanego przez polską ekipę w ukraińskich Bieszczadach. Sprawdziłem ich na stronie internetowej: bieg górski rozgrywany na trzech dystansach: 40, 80 i 120 kilometrów. Trasy przebiegają przez wspomniany Pikuj i Ostrą Horę (Госmpa Горa, 1405 m n.p.m.) wraz z Połoniną Równą (Полонина Pівна), a więc prawdziwe perełki wschodu. W pakiecie oferują punkty żywieniowe po drodze, oznakowanie tras plus ubezpieczenie dla uczestników. I co ważne, dowóz na miejsce autobusem z Przemyśla. Do tego bardzo łaskawe limity czasowe na ukończenie zawodów. Czyli nie trzeba cały czas biec. Można maszerować, szczególnie pod górę. Oglądać, podziwiać, strzelać fotki. Czegóż chcieć więcej? Idealny pomysł na rekonesans! Sprawdzę, jak tam jest. Przywiozę trochę zdjęć. I jeśli nie pożre mnie jakiś niedźwiedź, przekonam bliskich, że jest bezpiecznie i warto wrócić z ekipą na górską wędrówkę. Tak oto zapisałem się na 80 kilometrów wyrypy po nieznanych górach. Istne szaleństwo. Ale uzasadnione argumentem: „Jak już jadę, to chcę zobaczyć jak najwięcej”.

Zdążyć przed świtem
Zaczyna się zgodnie z planem. Z Przemyśla wyjeżdżamy czterema autokarami. Przejście graniczne Medyka – Szeginie wsysa nas na trzy godziny. To i tak niezły wynik, bo osobówki czekają godzinę dłużej. Pierwszy postój w spożywczaku uświadamia nam, „ile tego za złotego”. Ceny są niższe o około jedną trzecią w stosunku do krajowych. I błogosławieni ci, którzy znają cyrylicę. Bez tego nikt nie wie, co tak naprawdę kupuje. Ale to dopiero początek wrażeń.
W Starym Samborze (ukr.Старий Самбір) z tyłu autobusu pojawia się dym. Hamulce odmówiły posłuszeństwa. Zaliczamy przymusowy postój. Grupa chłopaków szuka studni, a kierowca polewa koła wodą mineralną. Na zegarkach zbliża się godzina 18. Do celu zostało ponad 100 kilometrów. Wszystko fajnie. Tyle, że o trzeciej w nocy startujemy. A gdzie kolacja i regeneracja przed biegiem? Najwyraźniej Bieszczady Wschodnie nie biorą jeńców. Jak śpiewał zespół „Piersi”: „Będzie się działo! I znowu nocy będzie mało.”

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Bieszczady
Ukraina

Zobacz też