Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Beskid Śląski

Biegówki da się lubić

NPM 3/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Anna Atraszkiewicz
Okolice schroniska Klimczok – pierwszy stromy odcinek szlaku, na którym jesteśmy zmuszone zdjąć narty (fot. Magdalena Janoszek)
Może i brzmi to jak dobry żart, ale w naszych starych, poczciwych Beskidach naprawdę może być ekstremalnie. Przekonałyśmy się o tym z Magdą w dość nieoczekiwany sposób. No bo kto by się spodziewał trudności na dobrze znanym szlaku biegnącym grzbietami Beskidu Śląskiego, gdzie przecież płasko, blisko miasta i z trzema schroniskami po drodze? Wystarczy jednak założyć narty biegowe i nagle zaczyna być… inaczej.

Kubek porannej kawy doskonale ogrzewa dłonie, a jej aromat unosi się w całym domu. Stoję przy oknie w kuchni i patrzę na budzący się dzień. Noc ustępuje tak szybko, że w mgnieniu oka widać coraz więcej. Śnieg w mieście już stopniał i wszechobecna szarość nie zachęca do wyjścia z domu. Na horyzoncie rysuje się mur Beskidów. Poszczególne plany Szyndzielni i Klimczoka wyraźnie zaczynają się od siebie oddzielać. Czekam na Magdę. Za chwilę spakujemy się do jej samochodu i pomkniemy właśnie w te góry, które oglądam codziennie z okna. Dobrze jest mieszkać tak blisko nich.
– Mam nadzieję, że zmieszczę się jeszcze z tymi nartami – próbuję uwierzyć własnym słowom, patrząc na auto Magdy, w którym na pierwszy plan wysuwają się jej narty przeciągnięte przez środek samochodu.
– Spokojnie, będziemy miały tylko trochę ciasno w środku, ale przecież damy radę, daleko nie mamy – optymizm koleżanki znacznie mnie uspokaja.
Brak bagażnika dachowego szybko udaje się nam obejść. Ponieważ żadna z nas go nie ma, z góry jest pewne, że narty spakujemy po partyzancku. Tym samym logistyczny problem numer jeden uznajemy za rozwiązany. Problem numer dwa to dojazd na jakiś sensowny parking najbliżej kolejki linowej na Szyndzielnię, bo żadna z nas nie zna drogi. Szyndzielnię do tej pory zdobywałyśmy tylko na własnych nogach. Ale i tu problem rozwiązuje się szybko. Kobieca intuicja plus mapa Bielska-Białej robią swoje. Tuż przed dziewiątą parkujemy samochód i wydobywamy z niego swój nieco archaiczny sprzęt. Teraz musimy tylko wymyślić, jak donieść narty do stacji kolejki. Niestety, nie mamy niczego, co w profesjonalny sposób mogłoby spiąć ze sobą deski. Genialny pomysł podsuwa nam nasza kobiecość: gumki do włosów!!! Robimy szybką przymiarkę i okazuje się, że to strzał w dziesiątkę. Tym sposobem docieramy na miejsce. Magda na biegówkach jest pierwszy raz, mnie zdarzyło się już wcześniej jeździć, ale tylko na Jurze i w parku. W górach na tych nartach jeszcze nie byłam. Transport kolejką wybieramy głównie po to, aby zaoszczędzić czas, bo trudno jest nam ocenić, ile może zająć wycieczka na biegówkach z Szyndzielni na Błatnią i z powrotem. Nie chcemy się też umordować podejściem z całym ekwipunkiem... Po prostu debiutujemy i pozwalamy sobie na pójście na łatwiznę.

Moda na retro
– Gdzie to się na tych biegówkach wybieracie, dziewczyny? – rzuca w naszą stronę sympatyczny starszy pan tuż przy kasie wyciągu. – Też kiedyś jeździłem – dodaje i nie czekając na naszą odpowiedź, nagle znika za drzwiami budynku.
– Niewątpliwie – śmiejemy się z Magdą. – Może nawet jeździł kiedyś właśnie na naszych nartach…
– W którym to mogło być roku? – zaczynam w pamięci szukać jakichś odległych dat. – W 1980…
Obie wybuchamy śmiechem. Taki właśnie mamy sprzęt. No, może nie z lat 80., ale z 90. już z pewnością. Ich specyficzny wygląd i retrodesign aż tak bardzo nas nie martwią, szczególnie biorąc pod uwagę obecną modę na vintage. Gorzej jest jednak od strony technicznej. Obie mamy śladówki – to jest pewne. A w każdym razie mamy narty, które przynajmniej w teorii wykazują wszystkie cechy śladówek. Ja swoje kupiłam w jakimś internetowym komisie, Magda swoje znalazła na strychu u babci i ciężko stwierdzić, skąd się tam one w ogóle wzięły.
– Ty to masz przynajmniej jakąś łuskę jeszcze – Magda z politowaniem patrzy na swoje narty – bo u mnie to tylko jej ślady pozostały.
– Ciesz się, że cokolwiek pozostało, przynajmniej wiadomo, że to śladówki – próbuję ją pocieszyć, ale nie potrafię być w tej sytuacji poważna.
– Nie sprzęt się przecież liczy! Przynajmniej jesteśmy oryginalne! – stwierdzamy ze śmiechem.
Tym samym powstaje kolejny plan na biegówkowy babski wypad, bo oczywiście jeśli przeżyjemy ten, to ciąg dalszy po prostu musi nastąpić. Tyle że postaramy się dopasować strój i ogólny image do swojego muzealnego sprzętu i wtedy będzie z pewnością ciekawiej. Jakoś współczesne stroje do tych nart średnio pasują.
Przyjemne podśmiewanie się z samych siebie przerywa nam nawoływanie pracownika obsługującego kolejkę, że już ruszamy. Wagoniki jeden za drugim podjeżdżają, ale prócz nas wsiada tylko jeszcze para snowboardzistów. A bałyśmy się, że będzie tłok! Mała szamotanina z włożeniem nart do kosza przy wagoniku to eufemizm, biorąc pod uwagę, że pan obsługujący kolejkę praktycznie wyrywa mi je z rąk, gdy próbuję wejść z nartami do kabiny.
– Przysięgam! Nie widziałam tego kosza na narty! – usprawiedliwiam się ze swojego faux pas już tylko przed Magdą w wagoniku.
– Spokojnie – ja go też nie widziałam. No przecież codziennie nie wjeżdżamy na Szyndzielnię, i to jeszcze z nartami, to skąd mamy wiedzieć, co i jak – słuszna uwaga Magdy powoduje, że znów wybuchamy śmiechem.
Jesteśmy przekonane, że mój wyczyn zostanie opowiedziany całej obsłudze kolejki oraz rodzinie i znajomym jako sympatyczna anegdotka o tym, jak to dwie wariatki z nartami i tak dalej…

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też