Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Główny Szlak Beskidzki

Biegniesz, by dogonić słońce

NPM 7/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Łukasz Supergan
(fot. Łukasz Supergan)
Mając na koncie kilka długich przejść górskich w Europie i na świecie, postanowiłem, że zwrócę się ku polskim górom. Postawiłem na dwie klasyczne, najważniejsze drogi długodystansowe: Główny Szlak Beskidzki oraz Sudecki. Chciałem przejść je razem. To miał być test moich możliwości i wędrowania z absolutnym minimum sprzętu.

Czasem wędruję spokojnie, zatrzymując się w każdym ciekawym miejscu. Czasem mam do przejścia konkretny szlak, który wytycza rozkład dni i tygodni. A niekiedy – choć bardzo rzadko – chcę po prostu sprawdzić siebie. Rzucić wyzwanie własnym mięśniom i swojej głowie, bo choć to ciało niesie nas przez kilometry grzbietów i dolin, to jednak umysł pozwala się nie poddać, gdy wyrastają przed nami trudności. Rzuciwszy sobie takie wyzwanie, nie szukam ciekawych miejsc, nie napawam się widokami. To, co ważne, dzieje się wówczas we mnie. Kilkanaście godzin marszu dziennie, koncentracja na sobie, na etapach szlaku, trzymaniu tempa. Sięgam wówczas do głęboko schowanych pokładów sił i wytrzymałości – także tej mentalnej.
Po co wędrować na czas? Na pewno nie dla rekordów. Te prędzej czy później zostaną pobite przez lepszych i mocniejszych. Raczej po to, by dowiedzieć się, ile sił w sobie noszę. A także by znaleźć w samym sobie „dowód istnienia”. Czym bowiem jest zmęczenie, ból czy pustka w głowie po całym dniu marszu, jeśli nie dowodem na to, że cały czas żyję?
Po kilku latach wędrowania w górach Europy i Azji spojrzałem na mapę Polski. Tu także mamy kilka długodystansowych szlaków, wśród których najbardziej znane to Główny Szlak Beskidzki i Sudecki. Ten pierwszy to 500 kilometrów przez sześć pasm Beskidów i najdłuższa znakowana trasa w Polsce. Drugi to 440 kilometrów przez 10 masywów. A gdyby przejść je razem? Łącząc obydwa szlaki i wypełniając pusty odcinek pomiędzy nimi, otrzymamy 1070 kilometrów. Ile czasu potrzeba, by je przejść? Ci, którzy ruszyli w taką drogę, kończyli ją zazwyczaj po 30-40 dniach. Ja, ze względu na obowiązki, miałem tylko 18. Tyle musiało wystarczyć.
– Masz w sobie tyle siły? Podejmiesz takie wyzwanie? – spytałem sam siebie.
Odpowiedzią było „czemu nie?”. Kilka dni wcześniej skończyłem trawers Islandii, tu mogło być tylko łatwiej. Postawiłem sobie wyzwanie zrobienia tej trasy na lekko i szybko. Wiedziałem, że dzienne przebiegi będą wyższe niż wszystko, co dotychczas osiągałem. Bagaż zmniejszyłem do minimum. Dwudziestodwulitrowy plecak, mata i lekki śpiwór. Namiot i kuchenka zostały. Do tego jeden zestaw ubrań i kilka par skarpet. Zamiast skórzanych treków – lekkie buty biegowe. Bukłak na wodę, latarka, nóż, mała apteczka, miniaturowa kamera, telefon, kompas. Nic zbędnego ani na zapas, nawet mapy. Zamiast brać papierowe, wgrałem je do telefonu. Całość sprzętu, bez kijków w dłoniach, ważyła 3,5 kilograma.

Bieszczady
Ze schroniska w Ustrzykach wyszedłem jeszcze w nocy, tak by świt zastał mnie pod „czerwoną kropką” w Wołosatem. Było za ciemno na pierwsze zdjęcie, poklepałem więc tylko znak i ruszyłem na wschód. Szlak zataczał tu dużą pętlę, pustą aleją prowadząc do granicy i na Rozsypaniec (1280 m n.p.m.). W oddali mignęły mi ukraińskie słupki graniczne, po czym zaczęło się pierwsze prawdziwe podejście GSB. Szlak tonął jeszcze w porannej rosie, ale szybkie tempo nie pozwalało marznąć. Przez krótki czas góry miałem tylko dla siebie. Połoniny wokół Halicza (1333 m) i wyższego o dwa metry Krzemienia były puste. Narzuciłem sobie mocne tempo, by jeszcze przed południem mieć za sobą cały masyw Tarnicy. Temperatura rosła szybko i musiałem ratować się źródełkiem wypływającym spod Halicza, a potem kolejnym pod Tarnicą. Od tej pory pamiętałem, by zawsze wiedzieć, jak daleko czeka na mnie kolejna woda.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też