Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Szlakiem Szwejka

Bez szlaku i ładu, za to po śladach quadów

NPM 11/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
(fot.Michał Parwa)
– Co sądzicie, Szwejku, jak też długo trwać będzie ta wojna? – Piętnaście lat – odpowiedział Szwejk. – To całkiem jasne, ponieważ już raz była wojna trzydziestoletnia, a teraz jesteśmy o połowę mądrzejsi niż dawniej, więc trzydzieści podzielić przez dwa równa się piętnaście.  

Tak zacnym dialogiem wita nas poranek na granicy Beskidu Niskiego i Bieszczad. Tabliczka z mądrościami najsłynniejszego praskiego żołnierza sterczy obok przystanku w Komańczy. I jedyne, co nas teraz z Piterem zastanawia, to wpływ wszechobecnego ducha Jaroslava Haška na aktualność rozkładu jazdy. W stronę Sanoka kursuje przed godziną 10 tylko jeden autobus. W zasadzie powinien odjechać kwadrans temu. Ale w tej krainie czas ma o wiele więcej znaczeń niż na nizinach. Poza tym dlaczego miałby jeździć częściej, skoro od pół godziny wyłącznie nasza dwójka stoi przy wiacie? Na dodatek, od tego czekania, włączyło się nam haškowe poczucie humoru.
Jesteśmy w końcu na trasie międzynarodowego szlaku „Śladami dobrego wojaka Szwejka”. Prowadzi on przez tereny wspomniane w powieści, według żółto-czarnych znaków, czyli w barwach Habsburgów. A dodatkowym smaczkiem są wielkie tablice ze słynnymi cytatami wojaka. Żeby ludziom było raźniej, jak już sobie coś zaplanują w tych bezludnych górach. Bo na razie mam poważne wątpliwości, czy ktoś oprócz nas i znakarza mógłby się połasić na miejscowe trasy. Dowód? Akurat do zatoczki wtacza się spóźnialski transport, praktycznie pusty. Zaraz wysiądziemy na przystanku Rzepedź Wieś, skąd zaczniemy 30-kilometrowy marsz. Niezbyt to mądre jak na atak zza biurka. I już widzę, że naszą wojenkę ze szlakiem trudno będzie skrócić o połowę.
Za Łemkami na koniec Polski
Istotą napierania po śladach Szwejka jest pokazanie skarbów w ich okolicy. Dlatego po kilku kilometrach jazdy żegnamy się z habsburskim oznaczeniem, by skręcić w wyasfaltowaną sielską dolinkę. Rzepedź to blisko pół tysiąclecia bogatej historii. Od lokowania przez starostę sanockiego, przez poetę i badacza kultury łemkowskiej Jana Kantego Podoleckiego, aż po wysiedlenia w ramach akcji „Wisła”, kiedy to pozwolono zostać jedynie rodzinom zatrudnionym na kolei.
Współcześnie wieś składa się z dwóch części: historycznej, osadzonej przy potoku Rzepedka, oraz nowszej, przemysłowej, u zbiegu rzek Osławicy i Osławy. Z tego wszystkiego najbardziej interesująca wydaje się drewniana cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy z 1824 roku. Specjalnie pod nią korygujemy plany i odpuszczamy klasyczny szlak na grzbiet Rzepedki (708 m n.p.m.) – ten zaczyna się nieco dalej na północ, w Szczawnem. A my pod świątynię dochodzimy zwykłą drogą, bez znaków. Wśród malowniczych chałup, drewnianych studni i pachnącej zieleni rodem z tolkienowskich osad Hobbitów.
– Potem na szczyt tak zwanym przełajem… jakoś trafimy – pocieszam się pod nosem.
Rozumiem, że nie każdy jest fanem architektury sakralnej. Ale tego typu bryły, trójdzielne, w typie cerkwi łemkowskiej, to prawdziwe skarby tego regionu. Ponadto mamy szczęście do zwiedzania. Dwie dziewczyny zajmujące się renowacją pozwalają nam zajrzeć do środka. Parę minut zadumy, kilka fotek z zewnątrz i lecimy wyżej. Po pierwszym lepszym polnym trakcie, tuż za domem z tabliczką „ul. Koniecpolska”. Nie wiem, czy to żart, czy przypadek. W każdym razie pasuje jak ulał, gdy ścieżka po chwili znika, a my meldujemy się na dwuwierzchołkowej Rzepedce.
                                  
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”
 


Zobacz podobne artykuły

Beskid Niski
Polska

Zobacz też