Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Wydarzyło się |

Beskidzkie inferno

NPM 1/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Redakcja n.p.m.
Graniczny grzbiet Beskidu Śląskiego po raz trzeci zmienił się w arenę jednego z najtrudniejszych biegów górskich w Polsce. „Beskidzka 160: Piekło Czantorii” przyciągnęła 385 zawodników. 

Zawody rozegrano w Paśmie Czantorii na pętli liczącej ok. 20 km. Uczestnicy wybierali pomiędzy trzema wariantami: ultramaratonem – (63 km i ok. 5600 m przewyższenia), maratonem (42 km, +/- 3800 m) oraz półmaratonem (21 km, +/- 2200 m). 
– Mało kto wyobraża sobie, że nad Ustroniem są takie przewyższenia. Ludzie przyjeżdżający w Beskidy nie spodziewają się, że zrobią aż tyle metrów w pionie. Chcemy pokazać, że nasze góry są równie wymagające, a w okolicy można znaleźć bardzo strome ścieżki. Samo podejście do mety ma 36 procent nachylenia – wyjaśnia Maria Kulesza, współorganizatorka biegu.
Ultrasi wybiegli spod dolnej stacji kolei linowej na Czantorię o północy, w asyście wychładzającego deszczu, silnego wiatru i gęstej mgły. W podobnych warunkach o piątej nad ranem do boju ruszyli maratończycy.
– Widoczność maksymalnie na dwa metry i to przy włączonej czołówce. Zgaszenie światła też nie pomogło. Widziałem tylko ścianę wody – relacjonował jeden z biegaczy przy punkcie kontrolnym Poniwiec.
O dziewiątej wystartowali uczestnicy półmaratonu. Podobnie jak poprzednicy, zaczęli od znaków czerwonych i odbicia poza szlakiem w stronę Małej Czantorii. Kolejny odcinek to wspinaczka po stoku narciarskim i zbieg w stronę Wisły, zakończony ponownym zdobywaniem Czantorii. Na tym etapie można było dostrzec metę. Ale na zawodników czekał jeszcze jeden zbieg i tzw. grand finale – ostatnie podejście na Czantorię.
– W tym miejscu niektórzy kończą zmagania i nie podejmują dalszej walki. Zresztą, gdy tylko ułożyliśmy trasę, od razu pomyśleliśmy, że to prawdziwe piekło – tłumaczy Kulesza, przy okazji wyjaśniając nazwę zawodów. – Co roku zgłasza się kilka osób, dla których jest to pierwsze spotkanie z bieganiem w górach. I oni bardzo rzadko docierają do mety. Ten bieg jest dla zawodników z doświadczeniem. Aby każdy mógł odkryć coś nowego na górze, którą znamy od lat.
Ostatecznie rywalizację ukończyło 75 procent zawodników. Na koronnym dystansie Ultra (63 km) triumfowali: Linda Boldane i Wojciech Probst.
Michał Parwa
fot. Andrzej Szczot
 
---
 
To był ks. Krzysztof Gardyna
W tekście „Bohaterowie pierwszej strony” (nr 11/2017) napisaliśmy, że na okładce wrześniowego numeru z 2001 r. jest Radosław Kostuj. Tymczasem na fotografii znalazł się ks. Krzysztof Gardyna. Za błąd przepraszamy.   Redakcja
 
---
 
Leszek Cichy wraca na Everest
 
Nagrodę Primus Inter Pares za szczególne wysokogórskie osiągnięcia odebrał w tym roku w Karpaczu Leszek Cichy, zimowy zdobywca Mount Everest. – Na emeryturę się nie wybieram – zadeklarował z pewnością w głosie.
XVIII edycja Dni Lajtowych po raz kolejny odbyła się w Karpaczu. O specyfice Hotelu Gołębiewski, w którym odbywa się festiwal, pisaliśmy już wiele razy i nic w tej materii się nie zmieniło. Marmury i luksusy do wspinaczki za bardzo nie pasują. Ale jedno możemy powiedzieć z pełnym przekonaniem: nigdzie komfort oglądania górskich prezentacji nie jest tak duży, jak właśnie tutaj. Kinowa sala przypomina najnowocześniejsze multipleksy i naprawdę inni organizatorzy tego typu imprez mogą tego pozazdrościć. Wśród tegorocznych gwiazd byli m.in.: Adam Bielecki, Denis Urubko i Rick Allen, który pokonał trudną Grań Mazeno na Nandze Parbat.
Od kilku lat tradycją Dni Lajtowych jest wręczenie honorowej nagrody Primus Inter Pares (Pierwszy Wśród Równych) za szczególne wysokogórskie osiągnięcia. W 2013 roku pierwszym laureatem został Denis Urubko, a rok później wyróżniono Krzysztofa Wielickiego. W 2015 roku statuetka trafiła do dwóch osób. Pierwszą był Oscar Cadiach y Puig, wybitny hiszpański himalaista, a drugą – nestor polskiego taternictwa i alpinizmu – Ryszard Szafirski. Rok temu nagrodę otrzymał Peter Habeler, pierwszy zdobywca Mount Everestu bez wsparcia tlenowego.
Tym razem zaszczyt ten spotkał Leszka Cichego, który w 1980 roku wraz z Krzysztofem Wielickim zdobył zimą najwyższą górę świata.
– Bardzo dziękuję za wyróżnienie, bo to zawsze jest bardzo miłe. Ale od razu zaznaczam, że proszę mnie jeszcze nie skreślać. Na emeryturę się nie wybieram – żartował Cichy, który przyznał, że wiosną po raz kolejny wybiera się na Everest. – Moim marzeniem było zrobienie jego trawersu, czyli przejścia przez wierzchołek ze strony chińskiej na nepalską. Ale zrobienie tego w sposób legalny jest niemożliwe. Trzeba zatem szukać innych celów – mówił Cichy, do którego ustawiła się później długa kolejka po autografy.
Janusz Adamski, himalaista ze Szczecina, który dokonał takiego wyczynu, nie miał stosownych zezwoleń i za przekroczenie granicy został ukarany. – Ale i tak kara była niższa, niż się spodziewałem – przyznał w Karpaczu Adamski.
Himalaista ma roczny wilczy bilet na wjazd do Nepalu i nie może się tam wspinać przez 10 lat. Jednak dzięki wsparciu konsula odstąpiono od grzywny w wysokości 22 tys. dolarów.
Karkonoskie Dni Lajtowe to bardzo kameralna impreza na kilkaset osób. Ma jednak swój klimat i warto zapisać ją w listopadowym kalendarzu.
Tomasz Cylka
fot. archiwum Karoliny Muszyńskiej
 
---
 
Mama” potrafi chwycić za serce
 
Są takie filmy górskie, które pozostają w pamięci na długo. „Mama” Wojtka Kozakiewicza o pierwszej damie polskiego wspinania – Kindze Ociepce-Grzegulskiej – jest jednym z nich. Nic więc dziwnego, że zgarnął kilka ważnych nagród podczas 15. Krakowskiego Festiwalu Górskiego.
 Tomasz Cylka
 
Dla miłośników gór kilka dat jest pewnych jak amen w pacierzu. I tak jak wrzesień stoi pod znakiem imprez w Zakopanem i Lądku-Zdroju, tak grudzień jednoznacznie kojarzy się z Krakowskim Festiwalem Górskim, który już po raz 15. odbył się w gościnnych progach Uniwersytetu Ekonomicznego.
Owacja na stojąco
Ta impreza ma swój charakter, bo gośćmi są przede wszystkim wspinacze skałkowi i wielkościanowi, W tym roku pod Wawel przyjechali m. in.: Ines Papert, Marek Holeček, Davo Karničar czy Ermanno Salvaterra. Ale w tym gronie nie zabrakło też himalaistów z krwi i kości. O swoich dokonaniach opowiadał m.in. wieloletni partner Reinholda Messnera – Peter Habeler. Nikomu nie trzeba też przedstawiać polskiej czołówki z gór wysokich – z Krzysztofem Wielickim i Januszem Gołąbem na czele. Na trzy tygodnie przed wyjazdem kierownicy Narodowej Zimowej Wyprawy na K2 otrzymali od publiczności owację na stojąco.
– A co to dopiero będzie, jak K2 zostanie zdobyte – mówił na gorąco Piotr Turkot, dyrektor programowy KFG.
Pasja i rodzina
Tego festiwalu nie byłoby jednak, gdyby nie prestiżowy konkurs filmowy. Cichą bohaterką była w tym roku „Mama” Wojtka Kozakiewicza. To opowieść o Kindze Ociepce-Grzegulskiej, wielokrotnej mistrzyni Polski we wspinaczce sportowej, która skutecznie pogodziła swoją pasję z życiem rodzinnym. Dzięki temu, jest to bardzo uniwersalny film, który tak naprawdę zainteresuje nie tylko amatorów wspinaczki. Może być on inspiracją dla każdego.
– Ten film w stu procentach odzwierciedla to, jaką osobą jestem. Nie było żadnej sceny, w której pomyślałabym sobie, że to nie jestem ja – mówiła w festiwalowym studiu Kinga Ociepka-Grzegulska. W jej ocenie to, że taki film powstał, jest zasługą Wojtka Kozakiewicza, aktywnego wspinacza i autora wielu filmów o tematyce outdoorowej. – Z nikim innym na taki film bym się nie porwała. Do niego miałam stuprocentowe zaufanie. Zresztą namówił mnie na tę produkcję słowami, że „nie będę nawet wiedziała, że on mnie kręci”. I tak było, a robił wszystko w realu, nic nie było ustawiane. Poza tym, przed zdjęciami zapytałam męża, czy mam na taki film się decydować. On mnie jeszcze dodatkowo zmotywował – podkreśla Kinga.
Jednym z motywów tego filmu jest przejście „Sprawy honoru”, drogi o trudnościach 9a w Jaskini Mamutowej na Wyżynie Olkuskiej. Takiego wyczynu w kobiecym wykonaniu jeszcze w Polsce nie było. – To jest autentyczne nagranie z przejścia, które zresztą było pierwszą sceną filmu – opowiada Kinga i tak podsumowuje ten wyczyn: – Każdy wspinacz ma swoje kamienie milowe. Dla mnie jest nim właśnie „Sprawa honoru”. Wysiłek, jaki włożyłam w tę drogę, mając dwójkę dzieci, definiuje to, że jest to moje największe osiągnięcie we wspinaniu.
„Mama” zdobyła główną nagrodę w Polskim Konkursie Filmowym. „Motywem obecnym w wielu produkcjach na tegorocznym festiwalu jest umiejętność znalezienia równowagi pomiędzy realizowaniem pasji a życiem rodzinnym. Główna nagroda w konkursie polskim trafia do filmu, którego bohaterce się to szczęśliwie udaje. Dokumentu o wspinaniu, o rodzinie, filmu o uniwersalnym przekazie” – uzasadniło swoją decyzję jury.
Ten balans między pasją a wspinaczką jest w tym obrazie idealny. Są też momenty, które chwytają za serce, jak ten, gdy Kinga ze szczerością w głosie mówi o tym, jak poroniła. Ten film powinien obejrzeć każdy miłośnik gór, nawet jeśli na ścianie wspinaczkowej nigdy nie postawił nogi ani ręki. „Mama” została też uznana za najlepszy film wspinaczkowy i – co najważniejsze – zdobyła najwięcej głosów wśród festiwalowej publiczności. Nie są to pierwsze nagrody dla tego filmu. Doceniono go już na Festiwalu Górskim w Lądku-Zdroju.
Grand Prix Międzynarodowego Konkursu Krakowskiego Festiwalu Górskiego otrzymał w Krakowie film „The Last Honey Hunter” w reżyserii Bena Knighta. Jak podkreśliło jury, to obraz, „w którym pięknie opowiedziana historia, świetne zdjęcia, poruszająca muzyka i dźwięk tworzą kompletne dzieło filmowe. Takie, jakie najbardziej chcemy oglądać”. 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też