Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Jerry Moffatt

Bardziej miłość niż walka

NPM 4/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Paulina Wierzbicka
(fot. archiwum Jerrego Moffatta)
Zaczynałem się wspinać, kiedy miałem 15 lat. A kiedy miałem 18, byłem już najlepszym wspinaczem Wielkiej Brytanii. Rok później zostałem okrzyknięty najlepszym wspinaczem na świecie. Byłem bardzo zmotywowany do wspinania. Miałem z tego wielką frajdę i myślę, że to jest klucz do sukcesu. Robić to, co się naprawdę kocha! – mówi Jerry Moffatt, jeden z najlepszych skałkowych wspinaczy świata.

Historia Twojego wspinania jest podobna do historii wielu wybitnych polskich wspinaczy lat 70. i 80. ubiegłego wieku. I choć większości ludzi mogłoby się wydawać, że Wielka Brytania to kraina mlekiem i miodem płynąca, okazuje się, że także u Was brakowało sprzętu wspinaczkowego, a młodym wspinaczom się nie przelewało. Podobno też wszyscy wspinaliście się w dość charakterystycznych butach...
W tamtym czasie kultowe były buty francuskiej marki EB. W moim wypadku było z nimi tak, że całe lato opowiadałem rodzicom o wspinaniu i na święta Bożego Narodzenia w końcu dostałem od nich parę tych wymarzonych butów.
Ale zaczynałem się wspinać, jak wszyscy w klubie, w ciężkich górskich buciorach. Te jednak nie trzymały krawędzi, ślizgały się i nie nadawały do precyzyjnych dróg, które już wtedy jako 16-latek robiłem. Natomiast ogumowane niebieskie buty wspinaczkowe EB nie miały bieżnika. Dzięki temu guma zacierała się na stopniach i umożliwiała stawanie krawędziami bocznymi nawet na małych stopniach. W zasadzie wtedy to były jedyne dostępne na rynku buty wspinaczkowe. Gdy wytarła mi się w nich dziura na dużym palcu, po prostu zamieniłem prawy but z lewym. Kosztowało mnie to na początku sporo bólu, ale udało się je rozchodzić i dopasować lewy but do prawej stopy i odwrotnie.

Paradoksalnie prezent od rodziców doprowadził do sytuacji, kiedy powiedziałeś im, że rzucasz szkołę, bo chcesz się wspinać. Jak wiązałeś koniec z końcem?
Był rok 1980. Z pracą było krucho, miliony ludzi żyły z zasiłku dla bezrobotnych. Dla wielu stał się on sposobem na życie. Dla wspinaczy natomiast do złudzenia przypominał wynagrodzenie za pełnoetatowe wspinanie. Wystarczyło raz na dwa tygodnie wpisać imię i nazwisko na listę i kilka dni później w brązowej kopercie przychodził czek. Nie zastanawiałem się wówczas, czy to dobrze, czy źle korzystać z zasiłku. Teraz nie jestem szczególnie dumny z tego, że go pobierałem. Ale wtedy miałem 17 lat, a w głowie wyłącznie wspinanie. Poszedłem do urzędu pracy w Leicester i przyznano mi 15 funtów na tydzień.

Czy to wystarczyło?
Musiało. Posiłki zazwyczaj wyglądały tak samo. Kolacje podczas kilkumiesięcznego pobytu w skałach Peak District nie różniły się od siebie. Zawsze curry z ryżem, a więc wielkie opakowanie białego ryżu kupionego w promocji, do tego torebka sosu curry – żółtego, ostrego proszku, który wsypany do kubka i zalany wodą, gęstniał. Cały posiłek kosztował mnie 15 pensów. Żyłem za 70 pensów dziennie. Nadwyżkę pieniędzy konsumowaliśmy, idąc raz na jakiś czas do jedynej w miasteczku knajpy, by się ogrzać i umyć. Kelnerka od drzwi wiedziała już, z kim ma do czynienia. Wspinacze wyglądali bardzo specyficznie, nie zostawiali napiwków. My również. Co więcej, siedziało się przy jednej szklance soku na kilka osób przez parę godzin. Szczerze nas ta kelnerka nie lubiła i często dawała temu wyraz.

A gdzie nocowaliście?
Spaliśmy w pustostanach. Tworzyliśmy tam takie nasze wspinaczkowe komuny. Chadzało się spać w dwa, trzy różne darmowe miejsca. Pierwszym była dopiero co budowana plebania tuż przy cmentarzu. Robotnicy udostępniali nam chętnie to miejsce, bo wiedzieli, że w razie próby kradzieży materiałów budowlanych nasza obecność powinna odstraszyć potencjalnego śmiałka. Drugim miejscem była „Kraina Nocnego Słońca”.
(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też