Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Góry Dynarskie

Bałkańska terra incognita

NPM 5/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Grzegorz Kaczmarek
(fot. Grzegorz Kaczmarek)
Historia tej wyprawy zaczęła się blisko trzy lata temu, gdy dowiedziałem się o istnieniu szlaku Via Dinarica, wiodącego przez Góry Dynarskie. Po półrocznych przygotowaniach ruszyłem w górską terra incognita. Podczas samotnej wędrówki pokonałem ponad 1000 kilometrów ze Słowenii do Albanii. Przez 46 dni przeszedłem cztery granice państwowe i trzy kulturowe. Odkryłem świat magii zaklętej w kamieniu, spotkałem wspaniałych ludzi, przeżyłem wiele niezwykłych przygód i posmakowałem bałkańskiej egzotyki.

W końcu nadszedł długo oczekiwany dzień. Żegnany przez moich bliskich, którzy nie kryli obaw, wsiadłem do pociągu z Warszawy do Wiednia. Podróż minęła bez niespodzianek i po dwóch przesiadkach znalazłem się w Novej Goricy nad rzeką Soczą, stanowiącą północną granicę Gór Dynarskich.
Wybór Słowenii jako punktu startowego dał dobrą rozgrzewkę przed wyższymi pasmami oraz zmniejszał szansę na spotkanie się z dużą ilością śniegu na trudniejszych odcinkach Via Dinarica. Przez niewysokie, „beskidzkie” pasma szło się lekko, łatwo i przyjemnie. Rozbudowana sieć szlaków i ich oznakowanie praktycznie nigdzie nie dawały powodów do narzekań. Ze słoweńskiego odcinka Via Dinarica najbardziej utkwiły mi w pamięci widoki na dolinę rzeki Vipavy, roztaczające się z majestatycznych skalnych wychodni Trnovskiego Gozdu, i niekończący się zielony dywan czosnku niedźwiedziego w osnutych mgłą lasach Javorników. Oprócz tego zwiedziłem dwa miejsca będące dumą Słoweńców. Najpierw trafiłem na wbudowany w olbrzymią jaskinię zamek Predjama, jedną z niewielu warowni tego typu zachowanych do naszych czasów. Niespełna kilka kilometrów dalej zawędrowałem do jaskini Postojna, zamieszkanej przez przypominające małe smoki odmieńce jaskiniowe.

Słowiańska gościnność
Szóstego dnia wędrówki przekroczyłem granicę z Chorwacją i ruszyłem w głąb Gorskiego Kotaru. Tutaj borykałem się ze słabym oznakowaniem, ale nie był to jedyny kłopot. Specyficzne kamienne szlaki oraz wapienne podłoże sprawiły, że wystąpił poważny problem z wodą. Szczególnie w nadmorskich górach Velebit trzeba było wyposażyć się w znaczną jej ilość, bo w przeciwnym razie można byłoby się narazić na odwodnienie.
Bardzo przyjemnym zaskoczeniem była za to postawa Chorwatów. Ludzie byli niezwykle otwarci, życzliwi i gościnni. Bracia Słowianie znad Adriatyku wielokrotnie oferowali mi jedzenie i picie, a także dzielili się swoją wiedzą i doświadczeniem. Zawdzięczam im także „uratowanie” wyprawy –dzięki ich pomocy zaleczyłem poważną kontuzję palca stopy. Gdyby nie „operacja” fachowo przeprowadzona przez turystę weterana z Zadaru, moja wyprawa skończyłaby się po niespełna dwóch tygodniach. Jakże sprawdziło się przysłowie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Chyba najlepszym podsumowaniem mojego pobytu w Chorwacji będzie stwierdzenie, że jest to kraj, gdzie nawet żołnierz na poligonie, w który niechcący „wdepnąłeś”, często używa zwrotu: – Nema problema.
W ogóle w trakcie całej mojej podróży trafił mi się tylko jeden „ciężki przypadek”. Pewien mieszkaniec czarnogórskiej wsi, zapytany o możliwość rozbicia namiotu na jego posesji, kazał mi się „natychmiast wynosić”.

Mine! Ne Prolazite!
Po dwóch tygodniach wkroczyłem do Bośni. Widać wyraźnie, że to kraj wciąż odradzający się po wojennej traumie. Nie brak tu zniszczonych budynków, które sąsiadują z nowymi domostwami. Choć udało się rozminować wiele obszarów, to niewybuchy wciąż stanowią realne zagrożenie. Także w rozmowach z mieszkańcami Bałkanów temat wojny powracał bardzo często.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Bałkany

Zobacz też