Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Bajka o tramwaju

NPM 4/2015
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Rzeczycki
Droga z Przełęczy Suchej ku dolinie Morawki. Śnieżnik nie pozostawia wątpliwości co do tego, kto góruje nad okolicą (fot. Tomasz Rzeczycki)
Górnicze miasteczko, gdzie u schyłku PRL zamierzano stworzyć drugie Zakopane, oraz górska przełęcz, przez którą w czasach towarzysza Bieruta robotnicze delegacje zdążały w odwiedziny do bratnich Czechosłowaków – te historyczne miejsca odwiedziłem u progu przedwiośnia na pograniczu Masywu Śnieżnika i Gór Złotych.

Pojechałem z Anią do Kletna. „W Kletnie jest świetnie” – przekonywałem sam siebie. „Zależy dla kogo” – druga myśl studziła nadmierne oczekiwania. Rzeczywiście, próżno tam wypatrywać wyszukanych luksusów Krupówek czy Krynicy-Zdroju. Wieś w dolinie Kleśnicy znana jest w kraju od pół wieku za sprawą rosnącej z roku na rok Jaskini Niedźwiedziej, w której co jakiś czas odkrywane są dalsze komory i korytarze. Kletno kojarzy mi się również bardziej osobiście. To właśnie w tamtejszym schronisku młodzieżowym obchodziłem swoje 30. urodziny. To w Kletnie spędziłem noc, podczas której zmarł św. Jan Paweł II. Tym razem przyjechaliśmy tu jednak po to, aby posmakować wczesnowiosennej wędrówki. Chociaż któż to zagwarantuje, czy na górze nie czekają nas zaspy? Na wycieczkę wybieramy się samochodem, gdyż komunikacja publiczna do Kletna niemalże nie istnieje. Przyjeżdżają tam głównie autokary wycieczkowe, których pasażerowie zwiedzają hurtem Jaskinię Niedźwiedzią. Indywidualni turyści wybierają w Kletnie kopalnię uranu i fluorytu, młodszą atrakcję wioski. Zatrzymujemy się w prywatnym gospodarstwie, w którym – jak się okazuje – nocowały przez lata rzesze eksploratorów Jaskini Niedźwiedziej. Ale nas dzisiaj nie ciągnie do znanego nam już podziemia, lecz ku górskim bezdrożom.

Zaczyna się przedwiośnie
Po śniadaniu wsiadamy do samochodu i zjeżdżamy z Kletna w stronę Starej Morawy. Obok skrzyżowania dróg na Kletno i Bolesławów zostawiamy samochód. Tam, na skraju lasu i łąki, wyraźna gruntowa droga prowadzi pod górę. Bez szlaku. Naszym pierwszym celem jest Suszyca (1047 m n.p.m.) i leżąca tuż za nią Sucha Kopa (1063 m n.p.m.). Kwadrans po dziewiątej wchodzimy w Góry Złote, a konkretnie w ich część zwaną Górami Bialskimi. Chociaż Korona Gór Polski wyodrębnia je jako osobne pasmo, to tak naprawdę są one częścią Gór Złotych, na co przed laty zwrócił już uwagę geograf dr hab. Jacek Potocki, znany czytelnikom z łamów „n.p.m.”. Pniemy się pod górę. Samochód zostawiliśmy w dolinie na poziomie 540 m n.p.m., więc czeka nas pół kilometra podejścia w pionie. Czyli mniej więcej tyle, ile z Sobótki na szczyt wieży widokowej na Ślęży. Obok nas trawiasta zieleń łąki. Wystarczy tylko kilka minut wędrówki ponad dno doliny, a już przed naszymi oczami otwierają się kapitalne krajobrazy Masywu Śnieżnika. Na pierwszym planie góra Młyńsko (991 m n.p.m.), potem jej o osiem metrów niższa sąsiadka, a w lewo od nich Śnieżnik (1426 m n.p.m.), który z tej perspektywy wydaje się od nich niższy. Grzbiet Śnieżnika i kolejnych wzniesień polukrowany jest ostatnimi westchnieniami zimy. Odwracam głowę nieco w prawo i mam przed sobą w dole Starą Morawę i Kletno, a za nimi Rudkę oraz fragment tras narciarskich na Czarnej Górze. Samego szczytu stąd jeszcze nie widać. Gdy jesteśmy już na ok. 700 m n.p.m., wkraczamy do Śnieżnickiego Parku Krajobrazowego. Pod koniec PRL-u byłoby to wykroczeniem. Dlaczego? Swego czasu wojewoda wałbrzyski zasłynął kuriozalnym przepisem, zezwalającym na poruszanie się w terenie przygranicznym na obszarze parków krajobrazowych tylko znakowanymi szlakami turystycznymi. A ze Starej Morawy na Suszycę żadnego szlaku ani PTTK, ani władze wojewódzkie nie wyznakowały. Tym samym spacer leśną ścieżką był złamaniem prawa. Dziś wszystko odbywa się legalnie.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też