Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Bądźmy w górach zawodowcami

NPM 2/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Piotr Hercog
()
W górach często się słyszy, że ktoś ma pecha. Często wyliczamy kolejne przeszkody, które nie pozwoliły nam dotrzeć do celu. Pamiętam jeden z moich rajdów przygodowych w Chorwacji. Przygotowywaliśmy się do tego startu całym zespołem. Niestety, w trakcie wyścigu złapaliśmy gumę, zerwaliśmy łańcuch i nie sposób było kontynuować zawodów. Zgodnie stwierdziliśmy, że jak pech, to pech! Jak to jednak jest, że tych lepszych omija on szerokim łukiem?

Dziś wiem, że chodzi przede wszystkim o nabyte doświadczenie oraz lepsze przygotowanie, które liczą się właściwie w każdym sporcie i w każdej aktywności. Oczywiście nie mówię tutaj o skrajnościach, kiedy znikąd spada na nas kamień lub podcina nas lawina. Takich historii nie trzeba szukać daleko. Przypomnę choćby lawinę, która zeszła na hotel we włoskiej Abruzji w 2017 roku, kiedy zginęło 25 osób. Hotel znajdował się w teoretycznie bezpiecznym miejscu.
Patrząc na swoje górskie doświadczenie, dziś wiem, że często po tego pecha sięgamy sami. Właśnie z braku umiejętności czy z powodu zbyt wybujałej fantazji. Często zdarzało mi się ujrzeć przed oczyma całe moje życie w kilkusekundowej migawce. Kilkukrotnie znalazłem się w sytuacjach, w których byłem zaledwie krok od dramatu. Większość z nich rozegrała się pomiędzy 16. a 19. rokiem mojego życia.

Lot do 26-metrowej szczeliny
Kiedy miałem 16 lat, wybrałem się w Alpy, o których miałam nikłe pojęcie. Towarzyszył mi starszy kolega, o umiejętnościach wcale nie lepszych, jednak z racji jego wieku zaufałem mu. Schodziliśmy akurat po południu lodowcem wprost do schroniska. Przekraczaliśmy most śnieżny, który już na pierwszy rzut oka nie wyglądał na solidną konstrukcję. Stwierdziłem jednak, że skoro mój kolega nim przeszedł, tym bardziej ja dam radę. Na horyzoncie majaczyła już bryła schroniska. Nagle trzask! Most zarywa się pode mną. Lecę 26 metrów w głąb lodowej pustki. W plecaku 20-metrowa lina, uprząż oraz ciepła kurtka. Jest 1992 rok. Mój kolega ma plecak z zewnętrznym stelażem, ja zupełnie prosty, bez komina. W trakcie lotu wyrywam pas biodrowy. Ubrany jestem w jeansy i wełniany sweter. Na stopach rosyjskie paskowe raki aluminiowe i buty, którym daleko do miana trekkingowych. Mój czekan służy bardziej do podpierania się niż wspinaczki lodowej, z którą przyjdzie mi się mierzyć w szczelinie. Na szczęście klinuję się poniżej otworu wlotowego na minimalnym przewężeniu. Ale pode mną i nade mną szczelina się rozszerza. W dole słychać lodowcową rzekę. Gdybym do niej wpadł, byłoby po mnie…
Czekan wbijany w żywy lód tylko odskakuje. Podobnie raki – wydają głuche dźwięki, a zęby nawet na milimetr nie wgryzają się w lód. Kapie na mnie woda z nawisu śnieżnego, który – niczym ogromną przewieszkę – przyjdzie mi pokonać. Czuję, jak zamarzam. Na dodatek kontakt z moim partnerem jest bardzo ograniczony. Praktycznie nie słyszymy się. Nie wiem, jak wyszedłem… czy to strach, czy nadludzka siła. Po wyjściu dowiaduję się, że mój partner, nie słysząc mnie, był bliski odejścia i wezwania z najbliższego schroniska ratowników. Zbliżała się noc. Pomoc pewnie przyszłaby dopiero rano.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też