Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Adam Zyzak

Aż taki leciwy nie jestem

NPM 9/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. arch. Adama Zyzaka)
 Z Adamem Zyzakiem, nestorem polskiej wspinaczki, rozmawia Jakub Terakowski  

Trudno Pana zastać w domu...
Właśnie wróciłem ze Słowacji, wspinałem się w Súľovie.
Po drogach jakiej trudności?
To były „piątki” i „szóstki”.
A przepraszam, ile Pan ma lat?
81.
Wiek Panu nie przeszkadza?
Przeszkadza, ale cóż mogę na to poradzić? Metryka zmusiła mnie do zmiany stylu, teraz wspinam się tylko z górną asekuracją, czyli klasycznie – łatwiej oraz bezpieczniej. No i drogi o trudnościach powyżej VI+ są już poza moim zasięgiem.
Dla porównania: Orla Perć to?
„Jedynka”.
Widziałem też Pana na rowerze.
Rower doskonale mi służy. Dwa razy w tygodniu wybieram się na dłuższe wycieczki, ponad 100-kilometrowe. Ostatnio objechałem Pilsko dookoła; poprzednio Babią Górę i Tatry, ale na to potrzebowałem już dwóch dni.
Zima na dwóch kółkach również Panu niestraszna?
To zależy od ilości śniegu. W tym roku spadło go tyle co kot napłakał, więc zamiast na nartach jeździłem na rowerze.
Ma Pan jeszcze ten legendarny motocykl, jawę z roku 1959?
Wciąż jest na chodzie. Ostatnio pojechałem nim do Doliny Kobylańskiej, na spotkanie byłych instruktorów wojsk desantowych, których szkolenia prowadziliśmy w skałkach. Rozpalamy tam ognisko, wspominamy, wspinamy się.
Czy to tej jawie zawdzięcza swoją nazwę Turnia Motocyklistów w Podlesicach?
Owszem, lecz ja miano Turni Motocyklistów nadałem innej skale niż ta, o której dzisiaj zwykło się tak mówić. Wyjaśniłem kiedyś szczegółowo to nieporozumienie na łamach „Optymisty”.
Czytałem, ale – wstyd przyznać – z tego tekstu najlepiej pamiętam zdjęcie ślicznej dziewczyny, na tylnym siodełku Pana motoru.
Nie Panu jednemu wpadła w oko ta Peruwianka... (śmiech) Poznałem ją podczas wyprawy do Ameryki Południowej. Później przyjechała do Mediolanu, gdzie pisała doktorat, odwiedziła mnie w Polsce i zakochała się... w naszych górach.
Kiedy zaczął się Pan wspinać?
Na początku lat 50. Wcześniej często chodziłem po górach z rodzicami. Mój tata miał bardzo bogatą biblioteczkę; zaczytywałem się w archiwalnych numerach „Wierchów”, niecierpliwie oczekując swych 18. urodzin. W tamtych czasach bowiem nie można było wspinać się przed osiągnięciem pełnoletności. Z nowiutkim dowodem osobistym pojechałem na kurs, najpierw w skałki, a później w Tatry nad Morskie Oko. Wtedy bez ograniczeń mogliśmy zdobywać tylko Mnicha, natomiast na wszystkie szczyty graniczne trzeba było mieć zezwolenie. Latem trudniej było je zdobyć niż... Kazalnicę. Jesienią WOP, czyli Wojska Ochrony Pogranicza, był łaskawszy i wydawał przepustki. Przypuszczalnie dlatego, że mniejszy ruch turystyczny pozwalał im dokładniej kontrolować taterników. Obok schroniska, przy schodach prowadzących nad Morskie Oko, stał stolik. Siedzący przy nim żołnierze odbierali dokumenty wszystkim schodzącym nad staw.
Nawet osobom zamierzającym tylko posiedzieć na kamieniach poniżej?
Tak, wszystkim. Dowody zwracano wracającym. W ten sposób, mówiąc dzisiejszym językiem, WOP prowadził monitoring szlaku... (śmiech) Drugi patrol pilnował ścieżki nad Czarnym Stawem. Tam zatrzymywano głównie Czechosłowaków przechodzących nielegalnie przez Rysy, z zamiarem powrotu na drugą stronę grani przez Przełęcz pod Chłopkiem. Spośród polskich turystów żołnierze wyławiali ich, rozpoznając ich po lepszych butach lub pytając o godzinę, bo nasze strefy czasowe były wtedy różne.
Aż trudno sobie wyobrazić tamtą epokę.
Ekwipunek też już był nie z tej ziemi.
Pewnie nawet o śnie w śpiworze nikomu się wówczas nie śniło?
Bez przesady, aż tak leciwy nie jestem... (śmiech) Wprawdzie śpiworów nie produkowano wtedy fabrycznie, ale kilka warsztatów na Śląsku szyło je już wręcz masowo. Zaopatrywały się tam wszystkie wyprawy. Inna sprawa, że taki śpiwór ważył kilka kilogramów i zajmował pół plecaka. Plecaki zresztą też były szyte chałupniczo, bo te ze sklepów nadawały się najwyżej na jednodniowe wycieczki. Szczególnie trudno było zdobyć duże wory transportowe. Kurtki puchowe też zamawialiśmy indywidualnie u znajomych krawców. Pamiętam swoją pierwszą: nawet idealnie zwinięta zajmowała całą horolezkę [wąski plecak turystyczny – przyp. red.]. Musiałem wybierać, co zabrać w ścianę: kurtkę, aparat fotograficzny – też wielkości cegły – czy konserwę.
I co wygrywało?
Zazwyczaj konserwa... Notabene zgodnie ze strategią, którą opracowaliśmy z Jerzym „Druciarzem” Rudnickim, brak kurtki poprawia wynik.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też