Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Karakorum

Anioł sprowadził nas na dół

NPM 11/2008
Numer wyprzedany
Autor:
Robert Wieczkowski
(Fot. Edward Fudro)
Choć pojechaliśmy na dwie góry, niewiele w naszej wyprawie było wspinaczki. W lipcu karty pod Gasherbrumami rozdawała głównie pogoda, na czym zyskiwało bez wątpienia życie bazowe, lecz traciła akcja górska. Dlatego niniejsza opowieść będzie głównie o drodze, a nie o tym, co się na niej działo.

Będąc w bazie pod Gasherbrumami, trudno jeszcze z ręką na sercu powiedzieć, że jest się u podnóża tych wierzchołków. Co prawda ma się już doskonały wgląd w drogę hiszpańską na Gasherbrum I (GI), ale Gasherbrum II (GII) wciąż jest jeszcze ukryty za załomem doliny. Do obozu I, wspólnej bazy wypadowej dla obu szczytów, wiedzie długa i żmudna droga.

Bez poręczówek niewielu by weszło
Dość powiedzieć, że pierwszym zdobywcom jej wytyczenie zajęło trzy tygodnie. Trudności zaś biorą się stąd, że w odróżnieniu od większości wysokich gór, aby dostać się pod ścianę, lodowca broniącego do niej dostępu nie przekracza się w poprzek, lecz idzie w górę lodowego jęzora, aż do miejsca, gdzie niemalże bierze on swój początek. I zaiste jest to wyzwanie – 900 metrów różnicy poziomów i dwa lodospady, przedzielone dużym plateau, na którym niepodzielną władzę sprawuje słońce. Aby go uniknąć, z bazy wychodzi się głęboką nocą, co i tak za pierwszym wyjściem z reguły na niewiele się zdaje. Kluczenie między lodowymi blokami, przeskakiwanie nad szczelinami, wspinaczka na lodowe progi i tym podobne zabawy zwykle zajmują tyle czasu, że na wypłaszczeniu zespoły meldują się razem ze słońcem. A wtedy nic tylko siąść i płakać… Niemal każda nowa wyprawa po pierwszym wyjściu zostawia gdzieś tutaj depozyt. Później jest oczywiście lepiej i osiągnięcie namiotowego miasteczka, jakim jest obóz I (ok. 6000 m n.p.m.), zajmuje około 5-6 godzin.
Do dwójki droga jest już prosta i niewarta właściwie nawet wzmianki. Ot, idzie się jak po sznurku po poręczówkach. Jest jednak bardzo stromo, a swoje robi także potężna ekspozycja po obu stronach grani. Uświadamiamy sobie wtedy, że chyba niesłusznie GII ma opinię łatwego ośmiotysięcznika. Gdyby bowiem nie rozpięte liny, rzesza kilkudziesięciu osób, które rokrocznie osiągają wierzchołek GII, z całą pewnością stopniałaby do zaledwie kilku. Poręczówki kończą się pod szczytem niewielkiej turni, skąd kilkadziesiąt kroków sprowadza na przełączkę, doskonałą do rozbicia kilku namiotów. I, rzeczywiście, niektórzy tak robią, choć właściwe miejsce na obóz znajduje się 80 metrów wyżej, bezpośrednio pod spiętrzeniem kolejnej grani. Ale i tam miejsca nie jest zbyt wiele i nieraz już się zdarzało, że zaskoczone tłokiem na górze zespoły zmuszone były schodzić z powrotem na przełączkę. Łatwo się mówi: 80 metrów. W praktyce kurs góra-dół w rozmiękłym śniegu i upale potrafi zająć ponad godzinę.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też