Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Turcja

Ani słowa o kebabach

NPM 4/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Rzeczycki
Starożytne grobowce w Hierapolisie (fot. Tomasz Rzeczycki)
Byłem przyzwyczajony, że przez Nysę jeździ się w Góry Złote. W Turcji miejscowość o takiej samej nazwie znajdowała się na trasie do wapiennych dziwów natury znanych jako Pamukkale. Dwie do trzech godzin podróży autobusem dzieli zachodnie wybrzeże, pełne pięciogwiazdkowych hoteli, od tego uroczego zakątka w górach, wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Byłeś w Stanach? – zapytał mój znajomy, któremu powiedziałem, że odwiedziłem kraj należący do NATO, ale nienależący do Unii Europejskiej.
Wyjaśniłem mu, że wróciłem nie zza oceanu, lecz ze znacznie bliższej podróży. Jeszcze ćwierć wieku temu, gdy pierwszy raz w życiu zobaczyłem w Stambule Azję, podróż do Turcji oznaczała trzydniowy przejazd samochodem z przyczepą kempingową przez Czechosłowację i Jugosławię. Wszystko było wtedy egzotyczne, z płatnymi jugosłowiańskimi autostradami i wąskimi wieżyczkami minaretów w Edirne na czele. No i Turcy, którzy łamaną polszczyzną zachęcali do odwiedzin w swych sklepikach. Warto do klienta przemówić jego językiem.
Czasy się zmieniły, a tanie bilety lotnicze stały się dostępniejsze dla przeciętnego Polaka. Dotrzeć do Turcji jest teraz łatwiej i szybciej, niż odbyć podróż komunikacją publiczną z Bieszczadów w Góry Izerskie. Choć oczywiście nasuwa się tu inne, trochę żartobliwe pytanie: po co jechać do Turcji, skoro język turecki słyszę na co dzień? Na typowym polskim blokowisku w jednym z miast przy granicy niemieckiej najliczniejszą i najgłośniejszą mniejszością narodową są właśnie Turcy. Nie jest niczym nadzwyczajnym usłyszeć, gdy matka strofuje dziecko biegnące w stronę osiedlowej uliczki, krzycząc: – Dur! (tur. stop!) A córka Turczynka wie, że ma się zatrzymać. Do tego pobliską budkę z kebabami prowadzą Turcy. Przepraszam, bo miało nie być o kebabach. Ale po prostu moje uszy osłuchały się już z jakże inną od polszczyzny melodią języka tureckiego, więc podróż do tego odległego kraju nie będzie aż taką egzotyką.

Ucieczka z all inclusive
Turcja jeszcze czymś innym różni się od Polski. W naszym kraju przez całe lata rodziny przeżywają ten sam dylemat: jeśli dostaniemy urlop i starczy pieniędzy, to pojechać na północ nad morze, czy też na południe w góry? W Turcji góry są niemal wszędzie, a morze też jest dookoła, oprócz wschodniej części kraju. No i te hotele kilkugwiazdkowe, serwujące kapitalne wyżywienie… Można polecieć na dwa tygodnie wczasów all inclusive, a na miejscu wyrwać się na kilka jednodniowych wycieczek w pobliskie góry. Ba, są miejsca, gdzie hotele położone dosłownie nad samym morzem znajdują się jednocześnie na zboczu górskim. Co? Że to takie oczywiste? Niby tak, ale przecież statystycznie większość Polaków nie była dotąd w Turcji, dlatego warto o tym wspomnieć.
Z wymienionych wyżej powodów przed wyjazdem do Turcji w tej samej walizce ląduje strój kąpielowy i buty do górskich wędrówek. Chociaż nie – buty warto włożyć na nogi. Walizki są ważone; za nadbagaż w samolocie pewnie trzeba by zapłacić. A pasażera na razie nikt nie waży. Do podręcznego bagażu zgarniam jeszcze przewodnik po Turcji. Poczytam w samolocie, co warto odwiedzić. Przypomnę sobie, co trzeba wiedzieć o kraju, do którego lecę. A przynajmniej, jak należy wymawiać tureckie litery. Zaskoczeń jest co niemiara. W życiu bym nie wpadł na to, że „bilgisayar” to tureckie oznaczenie tego, co my nazywamy komputerem. A z drugiej strony są też słowa niespodziewanie podobne do polskich: wiśnie to vişne, a yourt jest jogurtem...
Chodzę po tureckiej ziemi, oglądam zabytki starożytnej Turcji... Pardon, starożytnej Grecji, bo przecież to wtedy wszystko się zaczęło. Wszechobecny jest tu beton, nawet rekonstrukcje brakujących części antycznych amfiteatrów wykonane są z betonu, a nie z kamienia. Nowe domy też są stawiane z betonu.
– Czy znają tu cegły? – takie pytania krążą mi po głowie, gdy oglądam swój górsko-morski kurort Kuşadası, położony na wybrzeżu Morza Egejskiego, w którym przyjdzie mi spędzić dwa tygodnie.
Góry są na wyciągnięcie ręki. Ale konkretnie rękę należy wyciągnąć do portfela, wysupłać z niego tureckie liry lub amerykańskie dolary i zapłacić za przejazd. Czy to międzymiejskim dolmuşem, czy dalekobieżnym autokarem – niemal w każdym kierunku można wybrać się na wycieczkę nad poziom morza. Lokalne biura podróży kuszą wycieczkami jednodniowymi z wliczonym w cenę obiadem. Kwestia decyzji i zasobności portfela. Erzurum i tamtejsze tureckie skocznie narciarskie są poza moim zasięgiem, ale stosunkowo blisko znajduje się sławne Pamukkale i położony nieopodal Hierapolis, cuda przyrody dostrzeżone przez UNESCO.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też