Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Poczta N.P.M. | redakcja@npm.pl

Akcja TOPR na asfalcie do Morskiego Oka

NPM 4/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Marek Nowaczyk - Warszawa
()
Jakiś czas temu na „n.p.m.”-owym Facebooku rozpętała się dyskusja o ludziach, którzy w Boże Narodzenie wezwali TOPR, bo fasiągi konne już po zmroku nie jeździły. Rzeczywiście, sytuacja wyglądała groteskowo i nie dziwię się temu, że pseudoturyści stali się obiektem drwin, kpin i memów. Chłodna analiza faktów chyba nie pozostawia najmniejszych wątpliwości: nie ma dla nich żadnego usprawiedliwienia. Ale… Zanim wszystko i wszystkich zaczniemy hejtować, pomyślmy choć przez chwilę, czy zawsze słynny asfalt do Morskiego Oka musi oznaczać, że idą tamtędy nieodpowiedzialni ludzie w klapkach? 

Kilka miesięcy temu znany podróżnik, który publikuje czasami na łamach „n.p.m.”, Łukasz Supergan, na swoim Facebooku opublikował poruszający wpis o tym, że nawet na asfalcie Morskiego Oka może dojść do tragedii. Przytoczę go w obszernych fragmentach:
„Luty 2009. Ciemno jak w d…, wiatr p…, na zejściu z Moka pusto. Schodzę sam, po nieudanej próbie na zimowych Rysach. Droga jest widoczna nawet w mroku, idę więc bez latarki. (…) Nie rozglądam się, ale w pewnej chwili kątem oka widzę na poboczu jakiś kształt. Nie wiem, co mnie tknęło, by spojrzeć na niego bliżej. Po prostu… jakoś (…) nie pasował do otoczenia, choć wyglądał jak kamień czy konar leżący w rowie. Przeczucie.
Na poboczu, w kompletnej ciemności, leżał człowiek. Niemal się nie ruszał, ale gdy poświeciłem czołówką, zobaczyłem, że tuż obok leżą plecak i termos. Termos wypełniony był śniegiem (!), a mężczyzna leżał bezwładnie, jedną ręką podnosząc śnieg z ziemi i próbując jeść. Był w takim stanie, że nie trafiał ręką do ust. Gdy zacząłem do niego mówić, zrozumiałem tylko „proszę mi pomóc”. Potem coś jeszcze chrypiał i bełkotał, aż zamilkł i zapadł się w sobie. Jego ubrania były mokre, a buty wypełnione śniegiem. Był przemarznięty, skrajnie wyczerpany i chyba kompletnie odwodniony. (…)
Szczęśliwie zobaczyłem nadjeżdżający samochód. Ironia losu – jego kierowca niemal na pewno nie zauważyłby człowieka w rowie i minął zamarzającego. Zatrzymałem go i pokazałem na turystę obok. Potrzeba było trzech chłopa, by wtaszczyć delikwenta na tylną kanapę. Kilkanaście lat wcześniej niemal z tego samego miejsca, bo ze schroniska Roztoka, w pewien letni dzień – pogoda była idealna, a asfaltem waliły tłumy! – śmigłowiec TOPR ściągał moją mamę.
I tak sobie myślę, czytając komentarze tych, co wygodnie siedzą na krzesłach i kanapach: nie da się stracić sił na asfalcie do Morskiego Oka? Moi mili – da się. Jak się przekonałem, można na nim nawet wykorkować” – pisał Łukasz Supergan, który – jak wiecie – szedł sam przez góry Iranu czy Islandii, żeby o jego wędrówkach po Karpatach już nie wspominać.
Ten wpis dedykuję wszystkim, którzy wieszają psy na Morskim Oku, asfalcie, fasiągach i pseudoturystach. Nikt nie zna dnia ani godziny, kiedy będzie potrzebował pomocy – nawet koło Wodogrzmotów Mickiewicza.     


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też