Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Wydarzyło się |

Adam Bielecki jak stary dziadek

NPM 5/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Redakcja n.p.m.
– Zawsze myślałem, że napiszę książkę, jak będę starym dziadkiem, który wspomina swoje życie – tak Adam Bielecki rozpoczął autorskie spotkanie podczas Kolosów. Największa impreza podróżnicza w Polsce znów przyciągnęła do Gdyni kilka tysięcy osób.   

Ogólnopolskie Spotkania Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów, czyli popularne Kolosy, ponownie wypełniły Gdynia Arenę do ostatniego miejsca. Wskazywanie najpopularniejszych pokazów wydaje się karkołomnym zadaniem. Z naszego, górskiego punktu widzenia nie ulega żadnych wątpliwości, że największą publiczność przyciągnął Adam Bielecki. I choć himalaista nie odniósł w ubiegłym roku żadnego znaczącego sukcesu, to w Gdyni premierę miała jego książka „Spod zamarzniętych powiek”, której współautorem jest Dominik Szczepański. Chętnych było tylu, że na spotkanie autorskie nie wszyscy się dostali.
– Zawsze myślałem, że napiszę książkę, jak będę starym dziadkiem, który wspomina swoje życie – zaczął Bielecki. – Myślałem też, że pisanie to jakaś okrutna praca. Swoją magisterkę tworzyłem przez trzy lata i mój związek ledwo to przetrzymał – mówił z humorem himalaista, wzbudzając powszechną wesołość wśród publiczności. Zdradził też, jak to z książką było.
– Początkowo miała ona mieć inną formę. Kiedy jechałem na zimową wyprawę na Nanga Parbat, zrodził się pomysł, żeby wydać bogato ilustrowany dziennik z wyprawy z kodami QR i odsyłaczami do multimediów. Ale po powrocie stwierdziłem, że nie będę pisał książki o wyprawie, podczas której doszedłem na 5600 m n.p.m. – mówił. I tak zrodził się ostatecznie pomysł na książkę podsumowującą 20 lat jego wspinania. A to między innymi dwa pierwsze zimowe wejścia na ośmiotysięczniki – Gaszerbrum I (8068 m n.p.m.) i Broad Peak
(8051 m). I, jak żartobliwie zapowiedział, następna książka nie powstanie wcześniej niż za… 20 lat. 
– Na początku byłem chłopakiem, który marzył o górach, potem zaczął w te góry jeździć, zupełnie na wariata, bez sprzętu, umiejętności i wiedzy. Od tamtego czasu przeszedłem przemianę i doszedłem do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Na mój sukces pracuje wielu ludzi, mam sponsorów. Jestem zawodowym sportowcem. Dziś mam dopiero 33 lata i jestem na początku himalajskiej kariery. W środowisku to jest przedszkole i tak naprawdę następne 10-15 lat to jest dla mnie najlepszy wiek do wspinaczki – mówił Bielecki. Zapytał też publiczność, czy ktoś wie, jaka książka była inspiracją do tytułu „Spod zamarzniętych powiek”. Nikt nie odpowiedział. Jak się okazuje, to książka Tadeusza Piotrowskiego „Gdy krzepnie rtęć”.
– Gdy byłem dzieciakiem, strasznie mi to działało na wyobraźnię. Sprawdzałem, w jakiej temperaturze zamarza rtęć. Pierwszy raz spotkałem się z tym zjawiskiem na Syberii. Jeżeli jest bardzo zimno, średnio poniżej
-30 st. Celsjusza, to jak zamkniemy oko, nie możemy go otworzyć, bo zamarzają powieki. To strasznie irytujące zjawisko, do którego musiałem się przyzwyczaić. Zimą w Karakorum to normalne – opowiadał Bielecki. A pytany, czy jeszcze cieszą go zwykłe góry, jak na przykład Bieszczady czy Beskidy, odpowiedział bez wahania.
– Za każdym razem, kiedy podchodzę do Morskiego Oka, myślę – ale pięknie. Wyrosłem z turystyki. Co prawda dziś w górach bardziej kręci mnie wspinanie niż chodzenie, ale regularnie odwiedzam też niższe pasma – mówił Bielecki. – Trochę inaczej niż kiedyś się po nich przemieszczam, bo teraz najczęściej biegam. I tak szlaki, które kiedyś robiłem przez trzy, cztery dni z plecakiem, dzisiaj zajmują mi kilkanaście godzin. Ale dalej bliski jest mi klimat ogniska, przy którym wieczorem siedzi się z gitarą. Można mnie spotkać na szlaku w Beskidach, Bieszczadach albo w Tatrach – opowiadał. Potwierdził też swój udział w zimowej wyprawie na K2.
W tym roku Kolosa w kategorii „Alpinizm” otrzymał Andrzej Bargiel za rekordowo szybkie zdobycie pięciu siedmiotysięczników dające tytuł Śnieżnej Pantery. Wyróżnienie trafiło do Marcina „Yeti” Tomaszewskiego za poprowadzenie nowej drogi Titanic, na północnej ścianie Eigeru. Wyróżnienie w kategorii „Wyczyn roku” otrzymał Robert Gondek za realizację projektu „Najwyższe szczyty Afryki”. Z kolei nagroda „Wiecznie młodzi” (15 tys. zł) trafiła w ręce Ryszarda Pawłowskiego za wyprawę na Manaslu, jego jedenasty ośmiotysięcznik.
Tomasz Cylka
 
Nowa droga na Czo Oju
Podczas spotkania w Gdyni Adam Bielecki nie zdradził jeszcze swoich następnych planów. Powiedział jedynie, że w tym roku chce poprowadzić nową drogę na ośmiotysięcznik. Miesiąc później ujawnił, że wraz z Rickiem Allenem, Felixem Bergiem i Louisem Rousseau zamierza zdobyć nową drogą Czo Oju (8201 m n.p.m.). Celem tej wyprawy jest 2-kilometrowa północna ściana tego ośmiotysięcznika o nachyleniu 45-50 stopni, choć momentami będzie o wiele bardziej stromo.
 
 
 
Tym razem pogoda dopisała
 
Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomka Kowalskiego odbył się po raz czwarty. W tym roku wygrał Michał Rajca.
350 śmiałków wystartowało z Polany Jakuszyckiej w Szklarskiej Porębie, aby zmierzyć się z 53-kilometrową trasą, biegnącą przez Szrenicę, Śnieżne Kotły, Przełęcz Karkonoską, Śnieżkę, przełęcz Okraj, Budniki. Metę zlokalizowano na deptaku w Karpaczu. Limit czasu na pokonanie dystansu wynosił 10,5 godz.
Tegoroczna edycja odbyła się w bardziej sprzyjających warunkach niż rok temu, ale to nie znaczy, że była łatwa. Przez pierwsze trzy godziny pogoda była bardzo dobra – zero deszczu, ubity śnieg i piękne zimowe słońce. Później warunki uległy zmianie. Słońce schowało się za chmurami, a na 20. kilometrze zaczął padać sypki śnieg, który momentami sięgał do kolan. W Zimowym Ultramaratonie nie ma jednak miejsca na przypadkowe osoby. Wszyscy uczestnicy mają bowiem na swoim koncie minimum dwa biegi górskie na dystansie maratonu.
Najszybciej na mecie znalazł się Michał Rajca
(5 h 8 min). Drugie miejsce zajął Miłosz Szcześniewski (strata 17 min), a trzecie Piotr Paszyński (strata 19 min – 5 h 27 min). Wśród kobiet zwyciężyła Katarzyna Solińska (6 h 20 min).               
RED
Bieg upamiętnia Tomka Kowalskiego, który zginął pod Broad Peakiem w 2013 r.
 
 
 
YAPA się zmienia, ale…

Sala koncertowa wypełniona po brzegi. Na ciasnych ławkach siedzą upchnięci młodzi ludzie. Większość to studenci, którzy do Łodzi przyjeżdżają raz w roku i przez trzy dni nawet na moment nie opuszczają kampusu Politechniki Łódzkiej.
Historia Ogólnopolskiego Studenckiego Przeglądu Piosenki Turystycznej YAPA sięga 1974 roku. Większość osób, które tworzą teraz festiwal i co roku zasiadają na widowni, nie ma nawet najmniejszych szans tego pamiętać – oni urodzili się przecież w latach 80 i 90. Kiedy przychodzili na świat, YAPA była już wydarzeniem z dorobkiem, swoją historią i wierną publicznością. Jak to się zatem stało, że „staruszka” w ogóle się nie starzeje? Odpowiedź jest prosta: YAPA bez przerwy się zmienia i jest już zupełnie innym festiwalem niż w latach 80., a nawet innym niż 10 lat temu.
Piosenka studencka, poetycka i turystyczna też się zmieniła. Obraz barda w wyciągniętym swetrze, który na gitarze marki Delfi wygrywa nie zawsze czyste nuty do tekstów Stachury, jest już dawno nieprawdziwy. Dzisiaj festiwal studencki to setki metrów kabli, nowoczesna technika nagłośnieniowa, zespoły z kilkoma sekcjami, bogate aranżacje, transmisja na żywo do internetu, a także pliki mp3 i płyty CD, które coraz częściej zastępują śpiewniki. Jedno tylko pozostało bez zmian – szczerość i autentyczność. Artysta, który za bardzo skupia się na swoim wizerunku i kreowaniu siebie zamiast na muzyce, nie ma czego na Yapie szukać.
W tym roku organizatorzy łódzkiego przeglądu postanowili w sposób wyjątkowy uhonorować niedawnego noblistę – Boba Dylana. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, jak dużo piosenka turystyczna zawdzięcza Dylanowi, ile zespołów i artystów się nim inspiruje i korzysta z jego tekstów pełnymi garściami. Wszyscy mogli się o tym przekonać w trakcie sobotniego koncertu gwiazd, podczas którego każda z grup zaprezentowała przynajmniej kilka utworów Dylana. Niektórzy w oryginale, jak Mateusz Rulski-Bożek, a niektórzy we własnych przekładach – m.in. Apolinary Polek czy Sylwek Szweda ze swoim zespołem U Pana Boga za Piecem. Wyjątkowy koncert dała również Lubelska Federacja Bardów – fenomenalna formacja złożona z muzyków, którzy z powodzeniem sami wydają swoje autorskie płyty, a ich koncerty przyciągają rzesze publiczności. I być może w takim zestawie nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że wszyscy wymienieni artyści godzą się grać w Łodzi za darmo.
Jaki jest sekret współczesnej Yapy? To przede wszystkim ludzie, którzy o wiele bardziej niż swoją wygodę i splendor cenią spotkania z przyjaciółmi, muzykę i wspólnie spędzany czas. To właśnie dzięki temu w sali Yapy można poczuć wyjątkowy klimat, który jako jedyny nie zmienił się od ponad 40 lat.
Małgorzata Pawlikowska, YAPA


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też