Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Rysy

70 kilo na plecach

NPM 9/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Michał Parwa
()
Wyznaczyli ją Węgrzy, ale to Polacy przypięli południowej trasie łatkę, zaliczając ją do drugiej kategorii. Prosta, służąca raczej do zejścia, od zawsze przegrywała z podejściem od strony Morskiego Oka. Rysy łatwiej pokochać od strony słowackiej. Zapraszam na wędrówkę przez jedną z najpiękniejszych dolin, gdzie wciąż słychać „dzień dobry” w kilku językach.  

O Rysach napisano zbyt wiele. Gościły na pierwszych stronach gazet, brylując przy okazji w wieczornych dziennikach. A winni jesteśmy temu wszyscy: turyści, dziennikarze, tak zwani znawcy Tatr i ci patrzący z boku. Na własne potrzeby stworzyliśmy górski temat zastępczy, sprowadzając ten wspaniały szczyt do roli przewidywalnego gościa telewizyjnego show. Zapraszamy go do studia niemal cyklicznie, żeby zapchać czas antenowy w środku sezonu ogórkowego. I z tym samym przejęciem co roku słuchamy podobnych historii. O interwencji ratowników, spektakularnej akcji Sokoła i poprzedzającym wszystko, nieprzemyślanym wyjściu na szlak przy bardzo złej pogodzie. Może warto wreszcie zadać pytanie: czym ta góra sobie zasłużyła, aby nieustannie dźwigać tak wielkie brzemię? Bez przerwy stawia opór marzeniom, frustracjom i niepohamowanej ambicji 38-milionowej nacji. Czy odpowiedzialna jest za to natura, która uczyniła z niej najwyższy wierzchołek w kraju? Paradoksalnie to nie sam rekord rozbudza zmysły. Prawda sięga głębiej. Do żył. Gdzie wciąż płynie domieszka sarmackiej krwi. Pod Tatrami uwydatnia się ona w dwóch doskonale znanych hasłach: „Ja nie dam rady?” i „Skoro jesteśmy w Zakopanem, to idziemy na Rysy!”. Dalszy ciąg już znamy. Od tych słów zaczyna się każde bohaterskie wejście, którego skutki widzimy na szklanym ekranie. Tak oto w medialnym szumie ginie prawdziwy sens wspinaczki, ogrom panoramy, czy też majestat skał, jakie trzeba pokonać, by nazwać się zdobywcą. Na drugi plan schodzi również satysfakcja, dosłownie deptana przez rzesze tenisówek i sandałów. To wszystko skłoniło mnie do podjęcia tematu po raz kolejny. Do opisu jednej z najpiękniejszych tatrzańskich wycieczek. Ale bez tłoku, sarkastycznego docinania „klapkowiczom” i utyskiwania na niesione wiatrem puszki po piwie. Niestety, sami sobie zgotowaliśmy ten los. Większe szanse na uniknięcie wymienionych okoliczności daje podejście od strony słowackiej. Tam, gdzie mniej łańcuchów, skąd łatwiej, a ekspozycja też nie taka straszna. Po szlaku kluczącym wśród stawów i śniegów. Najwyżej, jak tylko w Tatrach można bez pomocy przewodnika.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Tatry Wysokie
Słowacja

Zobacz też