Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | 4x5000: Ararat, Damavand, Elbrus, Kazbek

4 szczyty, 4 kraje, 4 wyzwania

NPM 1/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Daniel Kwasik
Wejście na Elbrus, w tle Donguz Orun (fot. Daniel Kwasik)
Plan zdobycia kilku pięciotysięczników za jednym zamachem kiełkował w mojej głowie już od paru lat. W związku z tym, że lubię łączyć potencjalnie oddzielne wyprawy w jedną i bardzo nie lubię płacić kilka razy za powrót w jakiś region, a ponadto nie mam do dyspozycji roku na realizację moich fantazji, wybrałem cztery góry: Elbrus, Damavand, Ararat i Kazbek.

Wszystko przemawiało za. Po pierwsze, wybrane szczyty leżą w krajach, które zawsze były na moim celowniku podróżniczym. Po drugie, są do zrobienia od ręki dla kogoś obytego z górami powyżej czterech tysięcy, i wreszcie po trzecie, odległości między nimi są na tyle niewielkie, że bez trudu można się zmieścić w dwóch miesiącach.
No dobra, ale wybór szczytów to nie wszystko. Sam przecież nie pojadę. Pewnie, że można, ale jakoś przyjemniej w kompanii. Powstaje zatem problem, gdzie ja tu znajdę takiego lub takich wariatów?
– Te Piter… nie pojechałbyś? – zagaduję do kumpla.
– Gdzie? Na ile? – słyszę odpowiedź.
Tu wykładam pięknie projekcik.
– Coooo? – pyta zdziwiony, jakby usłyszał nie wiadomo co.
– Co, co? Przecież mówię! – trochę się zirytowałem.
– Oszalałeś!!! – krzyczy. No i co na to odpowiedzieć?
Po paru takich rozmowach eskapada staje pod znakiem zapytania.
– Internet!!! – oświeciło mnie. Wrzucam kilka ogłoszeń i czekam. Czekam i czekam.
– Ludzie zlitujcie się! Taki projekt wam tu przedkładam, a wy nic – myślę sobie.
W końcu odpisuje kilka osób. Ale zawsze coś nie pasuje: albo rok, albo miesiąc, a są i tacy, którzy chcą zrobić wszystkie góry w dwa tygodnie! Tak czy siak wygląda na to, że w 2008 roku nici z mojego projektu. Jak widać, nie jest łatwo znaleźć ekipę na tak długi i wymagający wyjazd.
Wreszcie w kwietniu pisze do mnie Roman z Tomaszowa Mazowieckiego i od pierwszych e-maili wiem, że zrealizujemy ten projekt razem, choćby tylko we dwóch. Jakiś czas później znajduję w czeluściach internetu Darka. I tak jest już trzech pewniaków na całość projektu. A że Roman już wcześniej zbierał ludzi na Elbrus, postanawiamy podzielić wyprawę na cztery etapy w blokach po dwa tygodnie na każdą. Potem to się troszkę zmieni, bo zrobiliśmy Elbrus, Ararat i Damavand w trzy tygodnie, ale zacznijmy od początku. A było to tak.

Elbrus
Grupowo i odlotowo

Warszawa, Dworzec Centralny – czas start. Większość z nas widzi się po raz pierwszy. Tylko ja, Roman i Darek znamy swoje facjaty ze spotkania w Beskidach. Podróż pociągami przez Ukrainę i Rosję to osobna bajka: czas integracji, załatwiania biletów przy pomocy jakichś „dziwnych” ludzi, przecierania oczu ze zdumienia, że niemożliwe jest możliwe. Jednym słowem fajnie było. Miło jest widzieć zadowolenie i uśmiech na wszystkich buźkach. No to, żeby nie było nudno, nie będę pisał o Elbrusie, bo co miało być na ten temat napisane m.in. w „n.p.m.”, już zostało napisane albo dopiero będzie. Napiszę więc tylko, że Elbrus został zdobyty i zdobyli go wszyscy, którzy mieli go zdobyć, a jeden agent – Roberto – zrobił to nawet na nartach, za co należą mu się wielkie brawa.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Kaukaz
Iran, Turcja, Rosja

Zobacz też