Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Słowacja

37 twarzy zimy

NPM 5/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Łukasz Supergan
Panorama Wysokich Tatr z Kráľovej holi w Niżnych Tatrach (widoczne Łomnica, Sławkowski Szczyt i Gerlach) (fot. Łukasz Supergan)
841 kilometrów, 32 tysiące metrów podejść, 14 pasm górskich i jedna ścieżka. Najdłuższy znakowany szlak Słowacji i Karpat w ogóle. I świadomość, że choć droga ta jest uczęszczana latem, prawdopodobnie nikt wcześniej nie przeszedł jej zimą. Witajcie na Szlaku Bohaterów, symbolicznej drodze łączącej dwa krańce Słowacji.

Cesta hrdinov Slovenského Národného Povstania, czyli Szlak Bohaterów Słowackiego Powstania Narodowego. To najdłuższy znakowany szlak naszych południowych sąsiadów. Jego początek to Przełęcz Dukielska na granicy z Polską, koniec – zamek Devín nad Dunajem. Prowadzi przez historyczne miejsca, w których słowaccy powstańcy walczyli przeciw III Rzeszy, a Armia Czerwona wyzwalała Słowację. Co roku trasę na całej długości znakowaną czerwonym paskiem przemierzają nieliczni piechurzy. Jej przejście to wyczyn honorowy, tak jak Główny Szlak Beskidzki dla Polaków. Całość liczy dokładnie 751 km.
Szlak można jednak przedłużyć, bo choć Cesta SNP zaczyna się w Beskidzie Niskim, początek czerwonych znaków to słowackie Bieszczady. Znaki zaczynają się we wsi Nová Sedlica i wspinają się na wierzchołek Krzemieńca (1221 m n.p.m.). Ta góra to najdalej na wschód wysunięty punkt Słowacji. Stąd do Bratysławy jest 841 kilometrów.
Na jej ślad wpadłem jesienią, wędrując przez zachodnią Słowację. Od dawna myślałem o spróbowaniu swoich sił zimą podczas wędrówki, której długość byłaby liczona nie godzinami, ale tygodniami. Czułem, że jest mi to w jakiś sposób potrzebne – zmierzenie się z górami, trudnościami, jakie ze sobą niosą, ze swoimi słabościami, strachem i niepewnością. I właśnie wtedy, na drogowskazie stojącym przy ścieżce, odnalazłem ten szlak. I gdy tylko sprawdziłem jego przebieg, zrozumiałem, że właśnie o to chodziło.
Informacje znalezione w sieci pozwalają dokładnie zaplanować wędrówkę, brakuje wśród nich tylko jednego: opisu, jak wygląda ta droga zimą. Aby zdobyć tę informację, kontaktuję się ze Słowakiem prowadzącym portal na temat Cesty. Odpowiedź jest krótka: „Cześć, Łukasz. Przykro mi, ale nie mam dla Ciebie dobrych wieści. Nigdy nie słyszeliśmy o zimowym przejściu SNP”.
Głupia sprawa. Tracę pewność siebie, a z drugiej strony pojawia się myśl:
– A gdyby to miało być pierwsze zimowe przejście? Rzut oka na mapę Słowacji pozwala oszacować jego czas na minimum sześć tygodni. Ryzyko? Trudne do określenia, nigdy nie ukończyłem podobnej drogi zimą. Wysiłek? Z pewnością duży. Pokusa jest jednak zbyt wielka, by ją odrzucić.

Szlak graniczny
Jest 17 stycznia, a pogoda w Bieszczadach przypomina wszystko, tylko nie zimę. Ciepło, mgła, śniegu nie widać. Zjawiam się w schronisku pod Rawkami objuczony jedzeniem na pięć dni, zimowymi ubraniami i rakietami, które groteskowo ozdabiają mój plecak. Przyjeżdżając tutaj, wiedziałem, że przez kilka pierwszych dni nie mam co liczyć na śnieg i zimowy sprzęt będzie spakowany. W swojej naiwności sądziłem jednak, że w tych warunkach uda mi się bardzo szybko przejść pierwszych 100 kilometrów przez Bieszczady i Beskid Niski. Przeliczyłem się.
Już podejście na Krzemieniec pokazuje mi, że nie będzie łatwo. Powyżej schroniska leży mokry śnieg zamieniający ścieżkę w zjeżdżalnię, a marsz w pełznięcie. O pierwszej po południu docieram na szczyt. Czarny obelisk znaczy miejsce styku granic Polski, Słowacji i Ukrainy; kilka kroków dalej słowacki drogowskaz wskazuje kierunek czerwonego szlaku. Biorę głęboki oddech. A więc tak zaczyna się przygoda? Ruszam na zachód i od tej chwili znaki te będą mi towarzyszyć aż do końca.
Ścieżka jest pusta, tylko pojedyncze ślady świadczą o tym, że niedźwiedzie jeszcze nie śpią. Z początku wydaje się, że śniegu nie ma wiele, najwyżej do pół łydki, ale w temperaturze kilku stopni przypomina on gęste i mokre ciasto, z którego z trudem wydobywam nogi. Szybko dostrzegam, że przeliczyłem się z siłami. Nie ma mowy, abym dotarł do Przełęczy Dukielskiej po trzech dobach – w tym tempie nawet pięć dni będzie sukcesem. Miękka breja chlupocze mi pod nogami, ślizgam się, kluczę po obu stronach ścieżki, starając się znaleźć miejsca, gdzie jest go mniej – bezskutecznie. Marsz staje się udręką. Dodatkowo plecak załadowany sprzętem wciska mnie w ziemię. Postoje robię częściej niż co godzinę i nie udaje mi się przed zapadnięciem nocy dotrzeć nawet na Rabią Skałę (1199 m n.p.m.). Na ratunek przychodzi wiata parku narodowego. Zaczyna padać deszcz.
Nie rozumiem, co się dzieje i czemu czuję się tak słabo. To na pewno wina rakiet. Są nieprzydatne w tych warunkach i muszę je dźwigać, tak jak resztę bagażu. W dodatku wiatr z południa zacina drobnym deszczem. Byłem przygotowany na siarczysty mróz, śniegi, ale nie na jesienną ulewę! Moje ubrania szybko przemakają na wylot. Drugiego dnia wędrówki planuję przejść masyw Okrąglika i dotrzeć do Balnicy, ale już po sześciu godzinach jestem tak wypompowany, że muszę odpocząć. Kolejną noc spędzam na Przełęczy nad Roztokami (801 m n.p.m.).

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Słowacja

Zobacz też