Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

26.10.2017

Wanda wróciła naprawdę

fot. Joanna Gałuszka
(fot. fot. Joanna Gałuszka)

Kto przeczytał choć kilka książek na temat Wandy Rutkiewicz, ten z tego spektaklu nie dowie się niczego nowego. Ale w teatrze nie o przypominanie faktów z biografii chodzi. Patrząc przez półtorej godziny na Anitę Jańcię-Prokopowicz miałem wrażenie, że widzę Wandę, którą znam tylko z archiwalnych materiałów telewizyjnych.

Dwa lata temu po premierze sztuki Radosława Paczochy „Każdemu Everest” w Teatrze im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze nabrałem przekonania, że każdy mieszkaniec dużej aglomeracji - Warszawy, Krakowa, Wrocławia czy naszego redakcyjnego Poznania, który interesuje się teatrem, powinien obowiązkowo ruszyć się ze swojego miasta i obejrzeć sztuki z mniejszych ośrodków. Teatry z byłych miast wojewódzkich działają bowiem z dala od medialnego szumu, w przeważającej większości nie mają w swoim zespole gwiazd przyciągających tłumy widzów, a często robią wiele dobrego i ich produkcje są naprawdę na wysokim poziomie. Przekonałem się o tym po raz kolejny, oglądając premierę „Wandy” w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej.

Trzy ważne obawy

Na spektakl jechałem z dużymi obawami z kilku powodów. Po pierwsze, przedstawienia z biografią w tle mogą łatwo stać się typową produkcją z myślą o grupach szkolnych, które nabiją frekwencję, napompują statystyki i wszyscy będą zadowoleni. W przypadku Wandy Rutkiewicz idealnych motywów pod tę tezę by nie zabrakło. W końcu to pierwsza Polka, która weszła na Mount Everest, wyprzedzając wszystkich himalaistów naszego kraju. A gdy dodamy do tego fakt, że stało się to tego samego dnia, w którym Karol Wojtyła został papieżem, mamy już gotowy scenariusz łzawej sztuki, która przyciągnie całe klasy. Nawet katechezę da się pod to podciągnąć – w końcu to 16 października 1978 r.

Po drugie, jedną z reżyserek sztuki jest Marysia Sadowska. Jej publiczna działalność lokuje ją po feministycznej stronie mocy. To oczywiście nic złego, ale w kontekście męskiego świata himalaistów i ostatniej burzy, którą wywołała niefortunna wypowiedź kierownika projektu Polski Himalaizm Zimowy, byłem niemal pewien bezpośrednich aluzji. Gdy bowiem na pytanie, dlaczego w składzie najbliższej zimowej wyprawy na K2 nie ma żadnej kobiety, ze sceny Festiwalu Górskiego w Lądku-Zdroju padają słowa, bo „jedna na dziesięciu chłopa to za mało” aż się prosi o nawiązanie do tego w sztuce o Wandzie, jej osamotnieniu w męskim świecie, trudnych wyborach i niełatwym życiu. Tym bardziej, że ten spektakl w stu procentach przygotowały kobiety, od autorki sztuki począwszy, przez reżyserię, światło, kostiumy, na aktorstwie kończąc.   

I wreszcie po trzecie, miałem obawy, że skoro jest to monodram o kobiecie i to kobieta – poprzez wypowiadane przez siebie słowa - rozdaje w nim karty, zabraknie w tym spektaklu gór. Łatwo bowiem z ludzkiego dramatu uczynić ckliwą, życiową historię, w której trudno o prawdziwą przyjaźń czy nawet miłość, zapominając o tym, co było dla Wandy najważniejsze – o górach. Bo problem, z jakim muszą zmierzyć się wszyscy twórcy teatralni, którzy decydują się na wystawienie spektaklu o górskiej tematyce, jest zawsze taki sam: jak ludziom niezorientowanym ukazać świat ośmiotysięczników, choroby wysokościowej, trudności w oddychaniu i zwykłych ludzkich wyborów jak ten, czy zostawić człowieka tam wysoko, choćby był już tylko bryłą lodu?   

Gdy po półtorej godzinie tego hipnotycznego na swój sposób spektaklu, wstawałem do całkiem zasłużonej owacji na stojąco, wiedziałem, że wszelkie obawy w przypadku „Wandy” były nieuzasadnione.

Szpile wbite mocno

Nie jest to bowiem żadna biografia dla szkół, czyli „Urodziłam się 4 lutego 1943 r., przeniosłam się do Polski kilka lat później, pierwszą górę zdobyłam, a na Mount Everest weszłam, gdy Jan Paweł II…” itd. itd. To poszatkowana opowieść samej Wandy, która na zawsze została na zboczu Kanczendzongi w 1992 r.

Z pierwszej sceny wiemy bowiem, że nie ma jej wśród żywych, ale to właśnie ona przez swoją opowieść dokonuje wyboru najważniejszych momentów swojego życia. Oczywiście wszystko odbywa się symbolicznie, bo o wyborze faktów z życiorysu decydowała autorka sztuki Wiesława Sujkowska, która widać, że przeczytała i obejrzała o Wandzie wszystko, co tylko było można. Ale trudno się z jej wyborem nie zgodzić. Bo mamy to, co o Wandzie wiedzieć powinniśmy. Jest i wspinaczka na Mount Everest, są i kobiece wyprawy. Jest i przemyt towaru do Nepalu, jak i pierwsza wspinaczka w Sokolikach. Są i trudne relacje z mężczyznami, nieudane małżeństwa, jak i rodzinne tragedie: śmierć brata od niewybuchu czy ojca, który został zamordowany przez ludzi wynajmujących od niego dom. Wszystko podane w odpowiednich proporcjach. Kobiecość, góry, pasje i samotność, tak szczególnie mocna w wigilijny wieczór – wymieniając te wszystkie motywy człowiek nie ma poczucia, że czegoś na scenie jest za mało, a czegoś za dużo.           

Nie ma też żadnego feministycznego manifestu, który mogły nam zaserwować reżyserki Marysia Sadowska i Joanna Grabowiecka, choć szpile w męski świat himalajski są w kilku momentach wbite bardzo mocno. Nie będę jednak odbierał przyjemności z odczytywania niektórych fragmentów sztuki, choć jestem przekonany, że opinie niektórych wspinaczy, którzy znali dobrze Wandę, nie będą po tym spektaklu entuzjastyczne. Może gdyby wśród twórców spektaklu był choć jeden mężczyzna, akcenty byłyby inne. Ale dzięki temu mamy w teatrze w Bielsku-Białej prawdziwie kobiecą wyprawę jak ta na Gaszerbrumy w 1975 r., gdzie emocji nie brakuje, a temperatura wrzenia rośnie z każdą minutą.    

Zobaczyłem Wandę

Oczywiście takie ustawienie monodramu niesie pewne niebezpieczeństwa. Kto przeczytał choć kilka książek na temat Wandy Rutkiewicz, ten z tego spektaklu nie dowie się niczego nowego. Ale przecież w teatrze nie o przypominanie faktów z biografii chodzi. I w ten sposób dochodzimy do rzeczy w tym przedstawieniu najważniejszej – niesamowitej gry Anity Jańci-Prokopowicz. 

Patrząc przez półtorej godziny na aktorkę miałem wrażenie, że widzę Wandę, którą znam tylko z archiwalnych materiałów telewizyjnych. Sposób poruszania się, charakteryzacja, a momentami nawet ton głosu – patrząc na nią, widziałem Wandę. Oczywiście jak w każdym spektaklu są momenty słabsze (opowieść o przemycie), lepsze (sam początek, gdy na scenie widzimy skuloną, nagą postać, rozpoczynającą poruszający monolog o przemijaniu) i wręcz zwalające z nóg, gdy Anita wspina się dosłownie(!) na Mount Everest. Wchodzi na ściankę, potem przez barierkę dostaje się na piętro. I wreszcie schodzi nad głowami widzów, którzy dokładnie widzą jej zmęczoną twarz i ciało, które ledwie łapie oddech. Człowiek ma w tym momencie wrażenie, że razem z Wandą jest na ośmiu tysiącach metrów. Nie doświadczy tego nikt, kto wiedzę o górach wysokich czerpie siedząc wygodnie w fotelu, oglądając np. hollywoodzką produkcję „Everest”.

Nie mam żadnych wątpliwości, że ta rola została jakby skrojona specjalnie dla niej. Widać, że Anita chodzi po górach. Przez udział w ultramaratonach wie, co to ekstremalny wysiłek. Dzięki temu w jej grze nie ma żadnej sztuczności. Nie dziwię się, że Ewa Matuszewska, wieloletnia przyjaciółka Wandy i autorka książek o niej, powiedziała po premierze: „Wanda wróciła”. Bo dzięki Anicie i Teatrowi w Bielsku-Białej Wanda wróciła nie tylko w wymiarze historycznym, poprzez przypomnienie jej postaci, ale i w wymiarze symbolicznym do świata żywych – przynajmniej na teatralnej scenie.  

Kto nie zna szczegółów z życia Wandy, wyjdzie z teatru zadowolony. Po 90 minutach pozna najważniejsze fakty, zainteresuje się jej postacią na tyle, że na pewno sięgnie po książki, poszuka w internecie archiwalnych filmów. Kto wie o niej wszystko, będzie się mógł zachwycić grą Anity, która w minimalistycznej białej scenografii, przypominającej wielki górski lodowiec, wznosi się na wyżyny.

Gdy wracałem w nocy po spektaklu przez pięć godzin do Poznania, miałem przed oczami jej twarz z teatralnej wspinaczki na Everest. To prawda – Wanda wróciła.         

Tomasz Cylka           

 

Zobacz aktualności

Zobacz też