Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

06.06.2018

Transowa wersja himalaizmu

fot. Natalia Kabanov
(fot. fot. Natalia Kabanov)

Spektakl „Himalaje” nie przenosi nas w lata 80., kiedy polski himalaizm święcił triumfy. Za sprawą scenografii, choreografii i przede wszystkim znakomitej muzyki, jesteśmy tu i teraz. Tak jakby Kukuczka zginął podczas tegorocznej wyprawy na K2, a nie 29 lat temu na południowej ścianie Lhotse. Ja to kupuję, ale czy kupią to ci miłośnicy gór, którzy regularnie jeżdżą na festiwale? Albo ci, którzy górami interesują się tylko przy okazji narodowych tragedii? O tych, co góry ograniczają do Krupówek, już nawet nie chcę myśleć. O samych himalaistach także.

Górskie przedstawienie „Himalaje” na scenie Teatru Śląskiego w Katowicach to wielkie przedsięwzięcie, jakże różniące się od kameralnej, ale znakomitej „Wandy”, wystawianej po sąsiedzku w Bielsku-Białej. Porównywanie obu spektakli byłoby nieporozumieniem, bo tamta sztuka to monodram z fenomenalną Anitą Jancią-Prokopowicz, a tu wieloobsadowy spektakl, w którym dodatkowo wszyscy cały czas przebywają na scenie, przez co niekiedy trudno skupić się na bohaterach wypowiadających swoje kwestie. Ale ludzi gór nie trzeba przekonywać, jak wiele wspólnego mieli sobą Jerzy Kukuczka – bohater „Himalajów” i Wanda Rutkiewicz. Dlaczego więc po wyjściu z Teatru Śląskiego nie powiedziałem „wow”, choć przedstawienie przypadło mi do gustu?

Bal Mistrzów Sportu

Gdy wchodzimy na salę, kurtyna jest już odsłonięta. Nic nowego, to znany chwyt z wielu scen. Już przed rozpoczęciem wiemy więc, że ustawiona w tyle ścianka wspinaczkowa nie będzie głównym motywem. Jeśli więc nie góry, to co? Z widowni na scenę wchodzi elegancki mężczyzna z kieliszkiem w dłoni. Wodzirej? Mistrz ceremonii, np. na Balu Mistrzów Sportu? Starsi będą mieli skojarzenia np. ze słynną rolą Jerzego Stuhra, młodsi rozpoznają w postaci samego Muosha, cenionego już w Polsce rapera i producenta muzycznego. To on nada całości muzyczne tony, prezentując dźwięki na żywo. To będzie olbrzymi atut tego przedstawienia, jeśli damy się wciągnąć w transowe rytmy. Jeśli Kukuczka będzie nam bardziej kojarzył się z przaśnością lat 80. i hitami serwowanymi przez „Lato z radiem”, zabłądzi już na samym początku. Ja nie zabłądziłem, ale niektórzy na widowni tak.

Spektakl „Himalaje” nie do końca przenosi nas ponad 30 lat wstecz, kiedy polski himalaizm święcił triumfy. Właśnie za sprawą muzyki, a także scenografii i choreografii, jesteśmy tu i teraz. Tak jakby Kukuczka zginął podczas tegorocznej wyprawy na K2, a nie w 1989 roku na południowej ścianie Lhotse. Na scenie nie ma więc ani słynnych niebieskich beczek wyprawowych, ani raków, czekanów, czy innych górskich atrybutów. I dobrze, bo to już widzieliśmy chociażby w sztuce Radosława Paczochy „Każdemu Everest” (reż. Piotr Jędrzejas, Teatr im. Norwida w Jeleniej Górze). Powtórzył się jedynie motyw dociekliwej dziennikarki (Barbara Lubos), która proponuje na różne sposoby uzyskać odpowiedzi, po co ci himalaiści chodzą na te ośmiotysięczniki? Tak czy inaczej aktorzy w garniturach, aktorki w sukienkach – w przerwach między wypowiedziami, oddający się hipnotycznemu tańcu – zupełnie nie kojarzą nam się z górami. I to jest autorska wizja reżysera, którą można przyjąć lub nie. Ja przyjmuję, wielu na widowni chyba nie, skoro obok mnie nie wszyscy stawali do owacji na stojąco.

Problem z aktorami

Z aktorami mam jednak problem. Łatwo utożsamiać się z Jurkiem, bo Dariusz Chojnacki jest do niego tak bardzo fizycznie podobny, że człowiek ma wrażenie jakby z Kukuczką w Istebnej rozmawiał. Zresztą sceniczne dialogi Jurka z żoną Cecylią (bardzo dobra rola Agnieszki Radzikowskiej), to są te momenty, kiedy człowieka wbija w fotel. Aż szkoda, że było ich tak mało. Bo skoro nie góry są na scenie na pierwszym planie, to mogła być właśnie rodzina. Ale też nie jest.

Z Rutkiewicz w blond włosach (Krystyna Wiśniewska) już trudniej. Reżyser Robert Talarczyk przekonuje, że to świadomy zabieg. Mamy utożsamiać się z bohaterem i jego przekazem, a nie z fizycznym podobieństwem. Jest to jakieś wytłumaczenie, które jednak nie do końca mnie przekonuje. Bo jak człowiek patrzy na Wiesława Sławika, to jest w 100 procentach pewny, że to Maciej Berbeka. Gdy się okazuje, że to sceniczny Ryszard Pawłowski, który towarzyszył Kukuczce w ostatniej wyprawie na Lhotse, ma prawo czuć się rozczarowany. Ale w jednym trzeba być sprawiedliwym, reżyser jest do bólu konsekwentny. 30-letniego wtedy Krzysztofa Wielickiego gra o wiele starszy Wiesław Kupczak. Młody Artur Hajzer (Karol Gaj) w niczym go nie przypomina. Zresztą wszyscy himalaiści grają tu epizody. I znów mógł to być spektakl o drużynie i wyprawowych relacjach, ale nie jest. Na siłę mógłby człowiek mieć nawet wrażenie, że głównym motywem sztuki jest posądzanie Kukuczki o narażanie partnerów na śmierć. Tymczasem jak wiemy z książek, otwarcie krytycznie o nim wypowiadał się tylko Wojtek Kurtyka. Nawet Messner był chyba bardziej powściągliwy niż ten ze sceny (Grzegorz Przybył). Dlatego niezorientowani w himalajskim świecie mogą mieć jednak wrażenie, że z Kukuczki to był niezły skurczybyk. Ilu pomyślało tak na widowni? Obawiam się, że wielu.  

Oryginalnie wybrzmiała za to symboliczna postać góry Lhotse (Grażyna Bułka). To motyw, który widza intryguje. Podobnie jak i niejako komentujące wydarzenia postaci Czarnej (Karina Grabowska) i Białej (Natalia Jesionowska)? To już jednak głębokie rezerwy górskiej świadomości, które zwłaszcza dla ludzi ze środowiska mogą być zbyt głębokie. Biorąc pod uwagę, jak trudno ich namówić na wypowiedzi o spektaklu moje wątpliwości mogą już nie być wątpliwościami.

Każdy, czyli nikt

Jak przy każdym spektaklu teatralnym podstawowe pytanie jest zawsze takie: do kogo on jest adresowany? Reżyser nigdy nie będzie oryginalny i odpowie: do każdego. Ludzie gór powinni więc szukać własnego klucza do Kukuczki, rozpoznawać bohaterów, oceniać interpretację. Pozostali, którzy nie wiedzą, kim był np. Tadeusz Piotrowski czy Dobrosława Miodowicz-Wolf, po wyjściu z teatru niech włączają smartfony i sprawdzają w sieci.

Kiedy jednak odpowiedź brzmi „do każdego” to znaczy „do nikogo”. Ja to kupuję, ale czy kupią to ci miłośnicy gór, którzy regularnie jeżdżą na festiwale? Albo ci, którzy górami interesują się tylko przy okazji narodowych tragedii? O tych, co góry ograniczają do Krupówek, już nawet nie chcę myśleć. O samych himalaistach także.   

Tomasz Cylka

 

 

Zobacz aktualności

Zobacz też