Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

26.04.2018

Ostra jazda na karkonoskiej grani

fot. Piotr Oleszak
Mimo zmęczenia humor dopisuje (fot. fot. Piotr Oleszak)

Polana Jakuszycka, 10 marca. Jest dopiero 7.15, a ja już trzęsę się z zimna. Do tego tony adrenaliny buzują we krwi. Dobrze, że kurtka dzielnie walczy z wiatrem i marznącym deszczem. W takiej chwili ratuję się myślą, że udział w tej imprezie to nobilitacja.

Stoję na starcie V Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego im. Tomka Kowalskiego. Pięć lat temu zdobył on zimą Broad Peak i został na nim na zawsze. A dziś prawie 400 osób weźmie udział w tym kultowym biegu, by uczcić jego pamięć. Przed nami trudna przeprawa po głównym grzbiecie Karkonoszy, aż do Karpacza. Łącznie 55 kilometrów. Ale nic nie dzieje się przypadkowo. Aby ruszyć na trasę, trzeba mieć szczęście w losowaniu, bo chętnych jest więcej niż miejsc, i udokumentować ukończenie minimum dwóch górskich maratonów. Taka selekcja ma zapewnić organizatorom bufor bezpieczeństwa. A zawodnikom dać nadzieję, że w jednym kawałku spotkamy się na mecie.

Pierwsze kilometry to zbieg w stronę Wodospadu Kamieńczyka i mozolne podejście do schroniska na Hali Szrenickiej (1195 m n.p.m.). Gdy tylko wychodzę ponad granicę lasu, z nieba lecą śnieżne igły. Poziomo, pod kątem, po oczach, po twarzy. Walą bez litości.

– Póki co wieje 45 kilometrów na godzinę, a ma dochodzić do 80! – woła jeden z goprowców zabezpieczających bieg.

Chowam się w ciepłych murach schroniska. Wkładam drugą parę rękawiczek i korzystam z dobrodziejstw punktu żywieniowego: czekolada, banan, łyk ciepłej herbaty i pora wracać do lodowego piekła. Widoczność spada do pięciu metrów. Zmrożone skalne Trzy Świnki i wszechogarniająca biel przypominają arktyczne krajobrazy. Ludzie zbijają się w grupki. Biegniemy po kilka osób blisko siebie, aby osłonić się przed wichurą na Łabskim Szczycie (1472 m n.p.m.). Niewiele lepiej jest nad Śnieżnymi Kotłami. Ledwo dostrzegam stację przekaźnikową. W tych warunkach wygląda jak opuszczona baza kosmiczna z filmów Ridleya Scotta. Na dodatek prawa część ciała, przyjmująca większość podmuchów, zdaje się powoli zamarzać. Zaczynam żałować, że nie wziąłem gogli. Dobrze, że do kolejnego punktu w schronisku Odrodzenie (1236 m n.p.m.) zostało sześć, może siedem kilometrów.

Na Przełęczy Karkonoskiej (1198 m n.p.m.) robię rachunek sumienia: 22 kilometry zaliczone, a więc półmaraton w nogach. Czuję wszystkie palce – jest nieźle. Zatem lecimy dalej na słynny trawers pod Małym Szyszakiem (1439 m n.p.m.) i Smogornią (1490 m).

– Na tym odcinku znienawidzicie bieganie po górach – usłyszałem wczoraj na odprawie dla zawodników.

Święte słowa. Ścieżka jest śliska i wąska. Stopy osuwają się z każdym krokiem. Trzeba się pilnować, żeby nie zjechać do kotła poniżej. Ulga przychodzi dopiero na Równi pod Śnieżką. Do Domu Śląskiego mam rzut beretem. A tam czeka już ciepła zupa pomidorowa, nalewana przez Kamilę Cyganek, zastępcę burmistrza Karpacza. Jest również najbliższa rodzina Tomka Kowalskiego, troskliwie pomagająca każdemu uczestnikowi. W drugiej sali spotykam… Rzymianina. To jeden z wrocławskich morsów z mieczem, tarczą, w hełmie i w samych slipkach. W takim stroju zdobywa dziś Śnieżkę (1602 m n.p.m.), więc nie wypada mi psioczyć na mróz. Zakładam raczki i ruszam na najwyższy szczyt Karkonoszy. Na podejściu wyprzedzam kilka osób, ale pod słynnymi talerzami i tak każdy krąży niczym zombie.

– Wiesz, gdzie biec? Szukaj za 50 metrów drugiego takiego w żółtej kamizelce! – krzyczy w zamieci jeden z wolontariuszy.

Ruszam po omacku w dół, wypatrując ludzi. Aż teren wypłaszczy się przy czeskim schronisku Jelenka. Blisko stąd na Przełęcz Okraj (1046 m n.p.m.), gdzie wpadam na ostatni punkt kontrolno-żywieniowy. Do mety mam 17 kilometrów, ale za to w realiach wiosennych, bez śniegu. Na deser zostaje wykańczający podbieg na Budniki. Stąd już prosta droga na deptak w Karpaczu. Aż trudno uwierzyć, że najszybsza z kobiet, Katarzyna Solińska, pokonała tę trasę w 5 godzin i 33 minuty. Jeszcze bardziej niesamowity czas wykręcił zwycięzca wśród mężczyzn i jednocześnie w kategorii open Michał Rajca. Przebiegł Karkonosze w 4 godziny i 32 minuty. I rekordzistą pozostanie przynajmniej do następnego roku.

Mój czas 7 godzin i 53 minuty to na pewno nie jest żaden rekord. Ale dla mnie najważniejszy jest fakt, że w dobrej kondycji ten niezwykły bieg ukończyłem. 

Michał Parwa

Zobacz aktualności

Zobacz też